Lofoten – day 6, Svolvaer

A i O: Tego dnia wstałyśmy o przyzwoitej porze, dlatego pomogłyśmy Ainie przygotować śniadanie dla wszystkich domowników. Pogoda była bardzo ładna, więc nakryliśmy stół na podwórku, gdzie zjedliśmy nasze ostatnie wspólne śniadanie. Być może dlatego słodki serek domwej roboty, dżem truskawkowy, czy chleb, których smak pamiętamy do dziś, smakowały wtedy jeszcze lepiej i intensywniej niż wcześniej. Chyba wszyscy odczuwali lekki smutek z powodu nadchodzącego rozstania. Posiłek upłynął nam przy zapachu kawy, w dobrych humorach, ale z nutką nostalgii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O: Chyba już nie spałam i wyczułam, że Wnukowa poluje na mnie z aparatem 😀

A i O: Po jedzeniu miałyśmy szybką akcję „PRANIE”. Szybką, ponieważ Aina przejęła się tym, że mamy coraz mniej czasu na zwiedzanie Lofotów i zarządzili z synem wycieczkę do Svolvaer – największego miasta na wyspach. No dobra. Uporałyśmy się z brudnymi ciuchami, wykorzystałyśmy słońce oraz lekki wiatr i wywiesiłyśmy mokre ubrania na zewnątrz, po czym zapakowałyśmy się do samochodu z Ainą, Per Andersem, a także Bellą i wyruszyliśmy na wycieczkę.

A i O: Svolvaer leży na wyspie Austvagoya. W drodze do tej miejscowości musieliśmy przejechać przez wyspę Gimsoya. Tam Aina i Per Anders pokazali nam instalację z luster, w których odbijały się pasma górskie. Niestety nie pamiętamy imienia i nazwiska artysty, a szkoda, bo bardzo nam się podobał i pomysł i wykonanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2143

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Oprócz ładnych plaż i długaśnych mostów, wyspa Gimsoya wraz ze swoimi górami jest popularnym miejscem dla wspinaczy.

A i O: Svolvaer już na pierwszy rzut oka wygląda na największe miasto Lofotów. Właśnie tam w ciągu roku zatrzymuje się najwięcej turystów, dlatego dookoła znajduje się mnóstwo sklepików z pamiątkami, apartamentów i hosteli, a także restauracje z regionalnymi potrawami. Szczerze mówiąc, w celu zjedzenia obiadu lub znalezienia noclegu, polecamy przejechać się te kilkadziesiąt kilometrów na wschód, a najlepiej na zachód na kolejną wyspę. Mniejsze miejscowości są równie urokliwe i równocześnie o wiele tańsze. Przy okazji podczas podróży można podziwiać na prawdę piękne widoki, które na długo zapadają w pamięć 🙂

A i O: Przechadzając się przez Svolvaer przyjrzałyśmy się tamtejszemu portowi i obkupiłyśmy się kartkami pocztowymi, które wysłałyśmy potem w świat. Trafiłyśmy także na targ, gdzie można było zakupić różne rodzaje mięs (z łosia, wieloryba, niedźwiedzia, renifera, czy jaka) oraz ryb. Tym razem spacer odbył się w spokojnym tempie. Dużo rozmawiałyśmy z Ainą i Per Andersem, po czym wróciliśmy do Liland.

IMG_2169IMG_2165IMG_2157

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2181

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P7182245.JPG

O: O, w takim apartamencie będzie mieszkała Wnukowa jak już będzie bogata i zrobi patent żeglarski 😛

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Tej nocy znowu miałyśmy spać w domu naszych wspaniałych gospodarzy, dlatego Per Anders pomógł nam zwinąć namiot i zanieść rzeczy do domu.

O: Po powrocie ze Svolvaer byliśmy umówieni w trójkę na bieganie z Bellą, ale pogoda zaczęła się psuć i stchórzyłam 🙂 Poza tym, doszłam do wniosku, że byłabym piątym kołem u wozu dla takich wytrawnych biegaczy jak Alicja i Per Anders, dlatego zostałam w domu z Shirą. Kiedy czas upływał nam na leniwej zabawie, Alicja wyciskała z siebie siódme poty, a potem… to z jej ciuchów trzeba było wyciskać wodę strumieniami 😀 Biedaków dopadł taki deszcz, że wrócili cali przemoczeni! A chlupoczące adidasy Alicji poruszyły całą rodzinę z Liland, która postanowiła za wszelką cenę wysuszyć je jeszcze przed naszym wyjazdem 🙂 Tak oto dzielny Jimmy podjął się tego zadania i doglądał Wnukowych butów, aby wyszły z tego wszystkiego suche. I udało się. Następnego dnia, tuż przed naszym pożegnaniem Jimmy przyniósł Alicji suchusieńkie adidasy, w których mogła przemierzać kolejne kilometry.

A i O: Na szczęście dla dzielnych biegaczy i leniwego Sklorza czekała nagroda 😀 Czyż to nie jest trochę niesprawiedliwe? Jimmy (bohater tego dnia 😀 )poczuł się w obowiązku zrewanżować się za wczorajszy „polski obiad” i zaprosił wszystkich na wystawną kolację u siebie w domu. Było tak pysznie i przytulnie, że nie mogłyśmy się nacieszyć 🙂 Na dodatek oprócz mięsnej lazanii, przygotował również wersję wegetariańską i deser i kawę!

O: Jedzenie było tak pyszne, a dookoła dało się wyczuć tak domową atmosferę, że zjadłam więcej niż powinnam. A potem jak tak sobie siedziałam i cierpiałam za obżarstwo, to oczy nadal jadły 😀 Tym razem lenistwo nie trwało jednak długo, ponieważ dzieciaki bardzo szybko wyciągnęły mnie i Alicję na podwórko, żeby… poskakać na trampolinie… Nie dałam się namówić, bo miałoby to zły finał, ale znaleźliśmy złoty środek wspólnej zabawy i mogłam pozostać poza niebezpieczną trampoliną 😀

DSC_1893DSC_1896

A i O: Po zabawie mogłyśmy nareszcie usiąść w salonie pozostałą częścią rodziny. Monja i Jimmy wyciągnęli albumy ze zdjęciami. Usłyszałyśmy wiele opowieści. Dużo się przy tym śmialiśmy i w ogóle panowała super ciepła atmosfera. Kiedy dotarliśmy do fotografii upamiętniających ślub Monji i Jimmiego zobaczyłyśmy, że pani młoda wcale nie ma na sobie białej sukni, a pan młody garnituru, ale oboje noszą tradycyjne szaty wikingów. Zaczęłyśmy drążyć temat, bo bardzo nas to zainteresowało. Jak się okazało Monja i Jimmy sami szyją wikingowe stroje dbając o najdrobniejsze szczegóły. Te ze ślubu rónież wykonali sami. Bardzo chciałyśmy zobaczyć je na żywo i nie musiałyśmy długo prosić 🙂 Monja bardzo chętnie pokazała nam nie tylko ostroje ze ślubu, ale również inne jakie udało jej się do tej pory uszyć. Oprócz sukien i tradycyjnych spodni, czy koszul, w kolekcji znajdowały się paski, torebki, brosze. No cuda! A jak pozwolili nam ubrać to wszystko! Wtedy dopiero byłyśmy w siódmym niebie 😀

IMG_2184

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2183

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Omnom nom nom nom. Jedzenie! 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC_1900

O: Jak widać na załączonym obrazku, śmiechu było co nie miara 🙂 Czas upływał nam w bardzo rodzinnej atmosferze, niezwykle przyjemnie i niestety szybko. Kiedy nadszedł wieczór Boss z Ainą pożegnali nas wszystkich ciepło i udali się parę kroków dalej do swojego domu, żeby odpocząć przed kolejnym pracowitym dniem na farmie.

A i O: Z kolei Jimmy zawiózł nas i Per Andersa na doroczną potańcówkę do sąsiedniej miejscowości). Na miejscu zastałyśmy parę domów rozsianych pomiędzy pagórkami oraz jeden, nieco większy budynek od pozostałych. Tak, tak. To w nim odbywała się zabawa 🙂 Sceneria jaka rozgrywała się na zewnątrz zapadła nam dość mocno w pamięci. Nieopodal znajdowało się ogromne, ciche jezioro, którego tafla wody odbijała masywy górskie z lustrzaną dokładnością. Oprócz tego, niebo przybrało różowo, pomarańczowo fioletowe barwy przez zachodzące słońce. Ludzie pili piwo i rozmawiali przed wejściem. Kiedy przebiłyśmy się przez ten tłumek i weszłyśmy do środka zobaczyłyśmy zespół przygrywający muzykę na podwyższonej scenie i ludzi tańczących na parkiecie. Uczestnicy zabawy byli w przeróżnym wieku. Między nogami pałętały się dzieci, po kątach ukrywały się nastolatki. Przy stołach siedzieli ludzie w wieku naszych rodziców, a także znalazło się paru staruszków 🙂 W powietrzu dało się wyczuć biesiadną atmosferę, ale ilość ludzi, którzy przyszli się zabawić wskazywała na to, że impreza ta jest lubianą rozrywką w Unstad 🙂 Stoliki były pełne! Na szczęście miałyśmy ze sobą Per Andersa, który zobaczył swoich znajomych. Nagle wyczarowało się dla nas miejsce i mogliśmy usiąść.

A i O: Trochę się wstydziłyśmy tańczyć, więc wybrałyśmy rozmowę przy piwie.

O: Niestety muzyka i bawiący się ludzie robili tyle hałasu, że zupełnie nie słyszałam o czym gadają sobie Per Anders i Alicja, więc po pewnym czasie zrezygnowałam z zapuszczania żurawia między ich głowy i znalazłam sobie inne towarzystwo 😀 A był to wielki mężczyzna z bujną brodą jak na marynarza przystało! No, rybaka. Rybacy też mają gęste brody, a ten pan był akurat wielorybnikiem. Niestety nie pamiętam jak miał na imię. Ale fantastycznie nam się rozmawiało i bardzo miło upłynął mi czas w jego towarzystwie 🙂

A i O: Koło 2:00 w nocy (w sumie było widno jak za dnia, ale niech będzie, że o 2:0o w nocy) przyjechał po nas Jimmy i zabrał z powrotem do domu. Cichutko ułożyłyśmy się do snu na materacach i starałyśmy się zasnąć nie myśląc o tym, że jutro wyjeżdżamy z tego raju.

Reklamy

Lofoten, day 5- polska uczta w Liland

A: To była pierwsza od prawie tygodnia noc spędzona w łóżku a nie w namiocie. Zasnęłyśmy momentalnie i po raz kolejny spałyśmy dłużej niż planowałyśmy. Kiedy się obudziłyśmy okazało się, że było już po 10.00. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że dzień polarny kojarzy nam się paradoksalnie z długim spaniem.

A i O: Byłyśmy bardzo wdzięczne Ainie i Bossowi za troskę i jeszcze większą gościnę. Już od pierwszej chwili na ich farmie poczułyśmy się jak część rodziny, a poprzedni dzień tylko spotęgował to uczucie.

A: Po porannej toalecie udałyśmy się na górę do kuchni, gdzie Aina czekała na nas z kawą i śniadaniem. Podczas gdy my zajadałyśmy się przygotowanymi przez nią smakołykami, Aina opowiadała nam plan dnia. Otóż najpierw miałyśmy się wybrać z nią, Johanem i psami na kilkugodzinny spacer a później będziemy mogły w spokoju przygotować polskie danie na które zaprosiłyśmy ją poprzedniego dnia. Aina nieśmiało zapytała czy może zaprosić Monję z mężem i dziećmi oraz swojego syna. Nasza odpowiedź: jasne! I tym oto sposobem już za kilka godzin będziemy szykować kolację dla 11 osób!

A i O: Pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała. Było chłodno, bardzo wietrznie i momentami deszczowo. Ale jak to się mówi w Skandynawii: „nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”.

A: Około godziny 12.00 dojechaliśmy do plaży Haukland, zostawiliśmy auto na parkingu i wyruszyliśmy w kierunku Uttakleiv. Aina i Johan umijali nam czas rozmową.

IMG_2070IMG_2075IMG_2078IMG_2079OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O: Jak widać na załączonym obrazku, dobrze dostosowałam ubiór do warunków pogodowych 😀 Fason i rozmiar co prawda trochę nie leżą, ale najważniejsze to pozostać suchym!

IMG_2088IMG_2099IMG_2103IMG_2110

A: Po powrocie do domu Aina udała się na drzemkę a my pomaszerowałyśmy do sklepu po wszystkie składniki na kolację. Ponieważ nasi gospodarze chcieli zasmakować jakiegoś polskiego specjału, Ola wpadła na pomysł, że zrobimy pierogi. Początkowo miały to być ruskie, ale w Norwegii nie można kupić białego sera, zdecydowałyśmy się więc zrobić pierogi ze szpinakiem i serem feta. Ulepienie pierogów dla 11 osób było zajęciem na większą część popołudnia. Miałyśmy przy tym całkiem spory ubaw, nie często zdarza nam się gotować obiad dla 11 Norwegów 😉

DSC_1865

Ola w akcji:

I nasza wierna towarzyszka Bella:

DSC_1871

A: Pewnie zauważyliście, że męża Ainy nazywamy Bossem, tak utarło się już od pierwszego dnia i zostało aż do samego końca naszego pobytu. Po części wynikało to z żartu już podczas pierwszej rozmowy, po części z ogromnej trudności w wyłapaniu jego prawdziwego imienia. Aina wielokrotnie o nim mówiła, ale za nic w świecie nie mogłyśmy zapamiętać jak nazywała Bossa. Po tych kilku dniach głupio nam było się po prostu zapytać, ale postawiłyśmy sobie za punkt honoru, że musimy się nauczyć jego imienia i od samego rana wytężałyśmy słuch. Zwłaszcza Ola. Podczas lepienia pierogów odparła dumnie, że nareszcie wie jak Boss się nazywa. Była taka z siebie zadowolona oznajmiając, że prawdziwe imię Bossa to po prostu Fenomen. Moją reakcją był kilkuminutowy atak śmiechu i odpowiedź, że Sklorz sama jest fenomenem. Jak się za kilka godzin okaże imię Bossa to Per Normann a Aina je po prostu wymawiała w taki sposób, że dla Sklorza brzmiało to jak Fenomen 😉

Boss usłyszał tą anegdotę kilka miesięcy później podczas innej kolacji, tym razem w Sztokholmie i chyba od tamtej pory darzy Olę jeszcze większą sympatią 😉

A i O: Wow, udało się! Brzuchy napełnione, wszyscy zadowoleni, my dowartościowane. Tylu pochwał naraz nie słyszałyśmy chyba nigdy. Wszystkim bardzo smakowało i sięgali po dokładkę. Ponad 100 pierogów zniknęło w bardzo krótkim czasie 😉

11047603_10152983824876129_128585475070068471_n

A i O: To była udana kolacja w doborowym towarzystwie. Dowiedziałyśmy się jeszcze więcej o tej cudownej rodzince, np. że Boss w młodości był bardzo dobrze zapowiadającym się skoczkiem narciarskim i odnosił sukcesy na zawodach krajowych. Niestety kontuzja kolana wykluczyła go z dalszego skakania. Aina i Boss pokazali nam też puchar, który otrzymali od ich pracodawcy – firmy Tine – za 15 lat współpracy i dostarczanie wysokiej jakości mleka. Poniżej wklejamy link do lokalnej gazety Lofotenposten i artykułu poświęconego Ainie i Per Normannowi:

http://www.lofotposten.no/lokale-nyheter/hedret-med-solvtine/s/1-71-7312389

O: To był fajny dzień. Po obiedzie siedzieliśmy wszyscy w salonie i rozmawialiśmy trochę po angielsku, trochę po norwesku i odrobinę po szwedzku. Wieczorem dołączyli do nas znajomi Per Andersa. Dzięki nim zrodził się pomysł, żeby następnego dnia zabrać nas na doroczną potańcówkę do Unstad. Wszyscy wtajemniczeni w charakter tego wydarzenia zanosili się śmiechem i zgodnie uznali, że to ważna i charakterystyczna część kulturalna na ich wyspie, dlatego warto nam to pokazać. Per Anders zadeklarował się nam towarzyszyć, ale o tym w kolejnym poście.

 

 

Lofoten, day 3 – Ramberg, Flakstad

A i O: Poprzedni dzień był bardzo aktywny, ale kolejny – co najmniej tak samo intensywny. Tym razem nie obudził nas upał w namiocie, ale Aina z Ritą 😀 Kochana zaczęła się o nas martwić, ponieważ przygotowała już lunch dla swojego męża, a my nadal nie pojawiłyśmy się w domu w celu odbębnienia porannej toalety. Nasza nieobecność była na tyle niepokojąca, że nieśmiało podeszła pod nasz namiot o godzinie 11:00 i próbowała delikatnie obudzić. Oczywiście udało jej się to, choć nie od razu. W końcu zaczęła wołać: „Hello! Is anybody here?” Na początku nie wiedziałyśmy z Alicją co się dzieje. Wydawało nam się, że słyszymy jakiś głos, ale nie byłyśmy tego pewne. Może to tylko sen? A może jednak jawa? Co jeśli to ktoś inny, kto nie należy do naszej zaprzyjaźnionej rodziny?

A: Kiedy spojrzałam na zegarek, krzyknęłam do Oli, że znowu zaspałyśmy i zbliża się godzina 11.00 choć sama w to nie dowierzałam. Jakim cudem znowu spałyśmy jak zabite kilkanaście godzin?!

A i O: Niezdarnie rozpięłyśmy zamek naszej klapy z namiotu, żeby sprawdzić co się dzieje i kiedy Ainie pokazały się dwie rozczochrane i porażone słońcem głowy, ta zaniosła się swoim donośnym, pogodnym śmiechem. Pełna energii dała nam znak, żebyśmy dołączyły do wszystkich na lunch (dla kogo lunch, dla tego lunch, dla nas na pewno było to śniadanie). Kiedy usłyszałyśmy hasło „jedzenie” momentalnie się rozbudziłyśmy. Ubrałyśmy w pośpiechu buty i doprowadziłyśmy się przynajmniej do podstawowego stanu i wyglądać jak normalni ludzie 😉 Szybciutko przedarłyśmy się przez trawy porastające nasz pagórek i zastałyśmy suto nakryty stolik przed domem naszych gospodarzy, na którym już pachniała kawa i chleb pieczony przez Ainę. Ta skradła nasze serca dżemem truskawkowym domowej roboty i słodkim serkiem, jakiego nigdy dotąd nie miałyśmy okazji próbować i obawiamy się, że nigdy już nie spróbujemy. No, chyba, że znowu odwiedzimy Liland 🙂 Luncho – śniadanie upłynęło nam w wesołej atmosferze.

A i O: Oczywiście nie obyło się bez spraw organizacyjnych. Kolega Per-Andersa z lat szkolnych brał tego dnia ślub na plaży, na który wybierała się również Aina. Ceremonia miała charakter otwarty i nasi gospodarze zdecydowali za nas, że my również musimy w niej uczestniczyć.

A: Kiedy doszło do mnie co nas czeka pojawiła się seria znaków zapytania, pt. w co my się ze Sklorzem ubierzemy. Nie wypada przecież pojechać na ślub w sportowych ciuchach a tak się składało, że w naszych plecakach nie było nic eleganckiego. Aina zapewniała nas, że nie mamy się czym przejmować i ubrać się w cokolwiek. Hm, łatwo powiedzieć… Przed wyjazdem na ślub czekał nas koncert w pobliskim kościele w Borg. Spokojnie, to nie my miałyśmy występować, tylko dwoje utalentowanych muzyków, których Aina bardzo lubi. Planowanie wychodziło Ainie najlepiej, dlatego podążyłyśmy za nią 🙂

O: Kościół i ślub zmotywowały nas do umycia włosów i wygrzebania ostatnich czystych ciuchów z plecaków. Ja podciągnęłam rzęsy tuszem, Alicja się wyperfumowała i byłyśmy gotowe do wyjścia. Jak to mówią: Francja elegancja!

A i O: Koncert w kościele w Borg okazał się powszechną i lubianą rozrywką przez tamtejszych mieszkańców. Oprócz nas pojawili się także Jimmy i Monja ze swoimi dziećmi. Wszyscy odświętnie ubrani i podekscytowani 🙂

A: Już na pierwszy rzut oka widać było, że wszyscy doskonale się znają i stanowią jakby jedną wielką rodzinę. Kiedy przekroczyłyśmy próg kościoła wszystkie twarze były zwrócone w naszą stronę, byłyśmy nie lada rozrywką dla lokalsów. Serdecznie się do nas uśmiechali i coraz to na nas ukradkiem spoglądali. Początkowo byłyśmy lekko skrępowane jednak po chwili oswoiłyśmy się z tym zamieszaniem wokół nas. Do sławy chyba jednak można przywyknąć 😉

A i O: Zaraz po koncercie pojechaliśmy wszyscy na plażę w Unstad na ślub. Kameralny, ale piękny 🙂 Jeszcze nigdy dotąd nie uczestniczyłyśmy w ślubie na plaży. Co prawda pogoda była typowo norweska: niebo zostało zakryte przez gęste, szare chmury, ale nie padało i było stosunkowo ciepło. Znajomi i rodzina młodej pary ustawiła na piasku minimalistyczną, naturalną instalację, która przypominała skromny ołtarzyk. Zaraz obok, Pani tubistka z koncertu z kościoła z Borg ustawiła swój statyw z nutami i zaczęła grać ślubne piosenki. Były takie momenty, że czułyśmy się z Alicją delikatnie nieswojo, ponieważ jak już wspominałyśmy społeczność Vestvagoy jest stosunkowo niewielka i w dużej mierze składa się z licznych rodzin, które przyjaźnią się ze sobą, toteż większość osób zgromadzonych na ślubie wiedziała, że jesteśmy dwiema autostopowiczkami z Polski i mieszkamy na farmie u Ainy. Wieści tam się bardzo szybko roznoszą. Powodowało to, że trochę skupiałyśmy na sobie uwagę gości i chowałyśmy się za plecami Ainy 🙂 Na szczęście bardzo szybko na plaży pojawiła się para młoda i ksiądz, który udzielał ślubu, więc goście zwrócili swoją uwagę na dziewczynę w białej sukience i dumnego chłopaka w garniturze. Wszystko odbywało się w skromnej atmosferze, na plaży otoczonej masywami górskimi. Dźwiękom tuby wtórował szum fal morskich i cichy świst słabego wiatru. W takich oto warunkach, wśród najbliższych osób (oraz dwóch przypadkowych dziewczyn z Polski 😀 ) padło to ważne i szczęśliwe TAK. Wyobrażacie sobie jak magicznie tam było?

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1881IMG_1877IMG_1880IMG_1882OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1878IMG_1896IMG_1894

A i O: Po ceremonii zaślubin Aina zawiozła nas z powrotem na farmę, ponieważ chciałyśmy jeszcze tego samego dnia pojechać autostopem na plaże w Ramberg i we Flakstad. W tym celu musiałyśmy zabrać ze sobą plecak z prowiantem i cieplejszymi ciuchami. W Norwegii nigdy nie wiadomo jaką pogodę zastaniemy za godzinę, a ten dzień należał do tych pochmurnych.

A i O: Plaże w Ramberg i Flakstad znajdują się na wyspie Flakstadoya. Jest ona położona na zachód od Vestvagoy, na której mieszkałyśmy. Wszystkie wyspy archipelagu Lofotów połączone są krajową drogą E10 i właśnie tą trasą przemieszcza się najwięcej mieszkańców i turystów. Odcinek jaki zamierzałyśmy pokonać (Liland – Ramberg) wynosi 40 km. Aina i jej mąż byli odrobinę zaskoczeni, że chcemy jeszcze jeździć autostopem, bo było już po 16:00 i pogoda była kapryśna, dlatego zadeklarowali swoją pomoc gdybyśmy utknęły w jakimś szczerym polu 🙂 My jednak głęboko wierzyłyśmy w to, że nie będziemy musiały ich fatygować.

A i O: Szybciutko złapałyśmy pierwszego stopa, który podrzucił nas do Leknes. Szczerze mówiąc wysiadłyśmy w dość niedogodnym miejscu do kontynuowania naszej podróży, więc przysiadłyśmy na chwilę, żeby obmyślić dalszy plan działania. Kiedy tak siedziałyśmy i rozkminiałyśmy, jak to zrobić, żeby się nie nachodzić i nie nosić za długo ciężkich plecaków, jedna z nas (już nie pamiętam która, ale to przecież nie jest aż tak ważne) zauważyła, że tym razem nasze wielkie plecaki zostały w namiocie i przecież mamy ze sobą tylko malutki, leciutki 35 litrowy plecaczek! Jak ogromna była nasza radość, że możemy iść przed siebie wiele kilometrów i tym razem nie będzie nas ograniczał żaden ciężar 😀 Roześmiałyśmy się tylko, popukałyśmy się w czółka i dziarskim krokiem pomaszerowałyśmy w miejsce, z którego mogłyśmy łapać kolejnego stopa.

DSC_1763DSC_1764

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1903IMG_1906

A i O: Tak sobie maszerowałyśmy wzdłuż drogi E10, która nazywana jest również drogą wikingów (Vikingveien), aż w końcu doczłapałyśmy do przystanku autobusowego. A tam zatrzymał się Pan w starym, czerwonym mercedesie wypełnionym najróżniejszymi parami butów 😀 Wytłumaczył nam, że jest miłośnikiem chodzenia po górach i stara się być przygotowany na każde warunki pogodowe, no ale licząc na oko: 20 par butów w jednym samochodzie?? Na początku myślałyśmy, że jedziemy z wariatem (1 wariat plus 2 wariatki zapowiadają całkiem zgrany team), ale im więcej kilometrów ujechaliśmy tym bardziej nasz kierowca wydał nam się normalny i sympatyczny. Po drodze Pan opowiedział nam o zabytkowym kościele we Flakstad, który miałyśmy w planie zobaczyć. Ta czerwona, drewniana świątynia została wybudowana w 1780 roku w miejscu starego kościoła z XV wieku, który został zniszczony przez burzę. Obecny budynek został złożony z drewna importowanego z Rosji. Również najwyższa wieża przypomina wschodnie wieżyczki.

IMG_1928.JPG

A i O: Pan kierowca podwiózł nas pod samą plażę w Ramberg! Plaża ta słynie z białego piasku i niebieściutkiej wody. Jak najbardziej zgadzamy się z tym, że to piękne miejsce, przestronne, ciche, lekko wyludnione. Niestety szaruga jaka panowała dokoła raczej zamaskowała kolory, które reklamują tę plażę. Mimo to – było pięknie!

DSC_1767-PANOIMG_1914IMG_1913IMG_1919OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1922OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAP7151701.JPG

A i O: Z plaży Ramberg poszłyśmy sobie na piechotkę na plażę Flakstad. Odcinek ten wynosił 5 km, a wzdłuż ciągnęły się suuuuuper widoki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1927IMG_1920OLYMPUS DIGITAL CAMERAindeksindeks2indeks3indeks4

A i O: Jednak to co zobaczyłyśmy we Flakstad przerosło nasze najśmielsze oczekiwania! Malusieńka plaża otoczona gdzieniegdzie lazurową, gdzie indziej przejrzysto – zielonkawą, morską wodą zatrzymała nas na dłuższą chwilę. Tam przechadzałyśmy się w milczeniu  i nie mogłyśmy się napatrzeć na to co przedstawiła nam natura.

DSC_1775-PANOOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1937IMG_1939IMG_1940IMG_1941

A i O: No dobrze. Widoki zapierały dech w piersiach, ale robiło się już późno. Temperatura powietrza i wiatr również nie były dla nas łaskawe, więc postanowiłyśmy wracać. Jako dwie niepoprawne optymistki w ogóle nie przejęłyśmy się totalną pustką na drodze. Powolutku, stopniowo zaczęłyśmy się tym przejmować, kiedy szłyśmy coraz dalej i dłużej oraz kiedy zaczęło nam być coraz bardziej nieznośnie zimno. Najwyraźniej Norwegowie, jako jedni z najkrócej pracujących narodowości na świecie lubią zaszyć się po pracy w domu i po 18:00 nie uraczysz nikogo na drodze. A więc szłyśmy:

IMG_1945

Czasem stałyśmy:

P7151770.JPG

Żeby potem znowu iść:

P7151788(2).jpg

I choć było zimno, to nadal pięknie:

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1946IMG_1944IMG_1948IMG_1950IMG_1947

Dotarłyśmy w końću do Mordoru i zaczęłyśmy być lekko zdesperowane, aż tu niespodziewanie…IMG_1951IMG_1949OLYMPUS DIGITAL CAMERADSC_1795

Zatrzymał się fajowski samochód, z jeszcze bardziej fajowym kierowcą!

autoDSC_1796

A i O: Jesteśmy uratowane! Tylko…. jak się wsiada do tego opancerzonego monstrum…??

A: Jak tylko ujrzałam zbliżający się samochód, który zwolnił, krzyknęłam do Oli, że siadam z przodu 😀 To auto to samochód moich marzeń! Jak jeszcze usłyszałam od kierowcy, że można w nim/ z niego „rozbić namiot” postanowiłam, że pewnego pięknego dnia taki samochód będzie mój 😉

A i O: Tom, bo tak ma na imię mężczyzna, który postanowił nam pomóc jest fotografem, podróżnikiem, wolnym duchem. Czasem mieszka w domu, ale większość czasu woli spędzać w swoim samochodzie. W tym celu specjalnie go dostosował do swoich potrzeb. Wewnątrz machiny wygospodarował sobie jak najwięcej miejsca na sprzęt fotograficzny, ewentualne gotowanie w niepogodę, ale najlepsza część jego przenośnego domu znajdowała się na dachu 🙂 Tam bowiem znajduje się łóżko. Tak, tak. Samochód sam w sobie jest bardzo wysoki, ale żeby nie zajmować miejsca w jego wnętrzu, Tom zamontował na samym szczycie posłanie i tropik, chroniący jego legowisko przed deszczem. Szczerze mówiąc, to tysiąckroć lepszy patent od łóżka piętrowego 😀

A i O: Szybciutko poprzesuwał swój sprzęt z tyłu terenówki. Przygotował nam tym samym miejsce do siedzenia i mogliśmy wyruszyć w podróż do domu. Bardzo szybko nawiązaliśmy dobry kontakt, ale nic dziwnego. Tom należy do tych ludzi, którzy noszą w sobie ogromne doświadczenie życiowe, a co za tym idzie ich głowy to istne skarbnice opowieści. Chętnie dzielił się z nami historiami o swoich przygodach, ale także przemyśleniami i filozofią życiową. Zadawał pytania, cierpliwie czekał na nasze odpowiedzi, nie oceniał, bowiem szanuje prawo człowieka do własnej opinii. Rozmowa wręcz płynęła. Nie mogliśmy przestać, a odcinek 30 km okazał się stanowczo za krótki na naszą konwersację. Dojechaliśmy do kluczowego skrzyżowania, gdzie Tom powinien był nas wysadzić, a sam miał jechać do domu. Już tego murowanego, z oknami i dachem z cegły. Na rozdrożu upewnił się jeszcze raz, gdzie mieszkamy i podjął bardzo szybką decyzję: „ZAWIOZĘ WAS POD SAME DRZWI”. I zaśmiał się 🙂 Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy jak dosłowne było to stwierdzenie.  I tak przejechaliśmy prosto przez skrzyżowanie. Kierunek: Liland. Oznaczało to, że Tom nadłoży ponad 100 km drogi, dlatego, że okazaliśmy się być trochę bratnimi i siostrzanymi duszami, więc chce nam pomóc 🙂

A i O: Wtedy też opowiedział nam o swoim projekcie „Tracing Freedom”. W ten sposób udowodnił nam, że jest nie tylko myślicielem, a myślicielem czynu 🙂 Czyli wdraża swoje pomysły w życie. Na przełomie 2008 i 2009 roku Tom postanowił dowiedzieć się CZYM JEST WOLNOŚĆ. W tym celu odpalił swoją wielką terenówkę i wyruszył w podróż z Norwegii do Bangladeszu. Po drodze przejeżdżał przez około 50 krajów (w tym Polskę 🙂 ), rozmawiał z ludźmi o różnych narodowościach, w różnym wieku, innym statusie społecznym. Z kobietami i z mężczyznami. Ze skrzypkiem światowej sławy, laureatem Nagrody Nobla, autorami, aktywistami, z najzwyklejszymi ludźmi z małych wiosek i dużych miast. Z mieszkankami państw, w których kobiety mają mocno ograniczone prawa i niemalże nie powinny rozmawiać z obcymi. W niektórych krajach Tom został pozbawiony paszportu i balansował na granicy z prawem, choć jedynie rozmawiał.

A i O: Podczas tych kilku miesięcy zabierał ze sobą autostopowiczów i spał w różnych miejscach. W takich warunkach sfotografował portrety 170 osób (jedynie jedna fotografia przedstawia dwie osoby – siostry, które nalegały, żeby być sfotografowane razem). Wszystkie czarno białe. W ten sposób Tom zebrał 169 różnych DEFINICJI WOLNOŚCI. Tak też powstał album wieńczący jego podróż, który zawiera zdjęcia, manuskrypty poszczególnych definicji wolności napisane w ojczystym języku osoby, która się wypowiadała oraz tłumaczenie każdego tekstu na język norweski.

DSC_1797

A i O: Każda rozkładówka książki wydaje się być osobistym wyznaniem osoby odpowiadającej na pytanie „czym jest wolność”. Na jednej stronie bowiem znajdują się szczególne portrety mówiących osób, a zaraz obok, na kolejnej stronie manuskrypt z podpisem i tłumaczenie.

A i O: Co tu dużo mówić. Byłyśmy zachwycone. I tak właśnie jechaliśmy sobie: Tom mówił, a my przeglądałyśmy album. W mgnieniu oka dojechaliśmy do Liland i do naszej farmy. Mówiłyśmy już, że Tom zawiózł nas dosłownie pod same drzwi? 😀 Szkoda, że nie widzieliście min Per-Andersa i Ainy, którzy akurat wybierali się na spacer z Bellą 😀 Widok wielkiego, czarnego, terenowego potwora parkującego na środku podwórka nie zdarza się często. W sumie wyglądali na trochę przerażonych. A jak zobaczyli nas obie wysypujące się z pojazdu na trawę, złapali się z niedowierzaniem za głowy 🙂 Szybko jednak się uspokoili, kiedy Tom grzecznie się przywitał i kiedy zobaczyli nasze uchachane twarze 😀

A: Tom był troszkę niepocieszony, że nie mógł nas zawieźć pod same drzwi naszego domu (czyt. namiotu), a jedynie pod dom naszych gospodarzy. W sumie uznał, że dla niego to żaden problem wjechać na nasz pagórek, ale szybko go powstrzymałyśmy od tego szalonego pomysłu. Już i tak zapewnił naszym gospodarzom sporą atrakcję.

A i O: Pożegnaliśmy się szybko i ciepło. Tom jedynie zdążył zapytać Ainę, czy można w pobliżu coś zjeść, bo zgłodniał, a przed nim jeszcze kawałek drogi do domu. Wiemy, że działanie Toma było bezinteresowne, ale wydaje nam się, że mamy kolejny dług wdzięczności do spłacenia 🙂

DSC_1800

A i O: Jeżeli jesteście ciekawi co sam autor ma do powiedzenia o swoich fotografiach, to możecie skorzystać z tego linku: http://tomhatlestad.com/tracing-freedom/. Tom raczej nie umieszcza swoich prac w internecie, ale lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

O: To porzekadło zawsze było dla mnie absurdalne, bo uważam, że wróble są 100 razy fajniejsze od gołębi 😀

A i O: Ledwo wysiadłyśmy z samochodu i już wystartowałyśmy na spacer z Ainą, Bellą i Fridą po okolicznych polach.

DSC_1807

A i O: A po powrocie Aina z mężem zaprosili nas do siebie na kolację. Nareszcie mogliśmy sobie usiąść w ciepłym i przytulnym salonie i odpocząć. Gospodarze domu pokazali nam tego wieczoru zdjęcia całej rodziny! I to nie tylko te aktualne, ale również z lat młodości, a więc było co oglądać i o czym opowiadać. Pokazali nam również nagrodę, którą otrzymali w poprzednim roku od największego koncernu mleczarskiego w całej Norwegii – Tine. Aina i jej mąż sprzedają mleko swoich krów właśnie tej firmie. Ta z kolei przyznaje nagrody gospodarstwom, których mleko utrzymuje się na najwyższym poziomie jakości PRZEZ 10 LAT. My też byłyśmy dumne, kiedy Aina wytłumaczyła nam o co w tym wszystkim chodzi, m.in. dlatego, że wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć taki sukces, krowy muszą być zadbane i zdrowe. Jest to też ogromny wysiłek dla gospodarzy, dlatego z podziwem oglądałyśmy nagrodę i zdjęcie upamiętniające ten ważny dzień 🙂

Lofoty – day 2

A i O: Tej nocy spałyśmy dosłownie jak zabite. Nikt i nic nie było nas w stanie obudzić, no może oprócz piekielnego upału jaki panował w naszym namiocie o 10:30. Obudziła nas piękna pogoda, pełne słońce i 50 stopni Celsjusza w naszym przenośnym domu 🙂 Kiedy wygramoliłyśmy się ze śpiworów, a nasze oczy przyzwyczaiły się do pełnego słońca, poczłapałyśmy z pagórka, na którym się rozbiłyśmy do domu naszych gospodarzy po wrzątek do owsianki. Aina zanosiła się śmiechem, kiedy zobaczyła nas w wersji zombie. A fakt, że dopiero będziemy sobie robić śniadanie, kiedy ona i jej rodzina przygotowują się do lunchu podczas przerwy w pracy, doprowadził ją do apogeum rozbawienia.

A i O: Jako, że na farmie wszyscy są doskonale zorganizowani i my nie mogłyśmy odbiegać od normy. Aina w ogóle nie przejęła się tym, że ciągle mamy problem z określeniem dnia tygodnia, a zalanie owsianki wrzątkiem było nie lada wyzwaniem. Być może nawet doszła do wniosku, że to dobry moment żeby wprowadzić do naszego dnia odrobinę dyscypliny, więc zaplanowała nam z góry, co do godziny wszystkie czynności jakie będziemy wykonywać do wieczora. Kochana tak bardzo przejęła się tym, że to nasz ostatni dzień na wyspie (bo tak jeszcze było nad ranem), że dogadała się ze swoim mężem, że weźmie sobie dzień wolny na farmie i pokaże nam tak dużo, jak tylko jej się uda.

A i O: Ledwo zdążyłyśmy zjeść śniadanie, a już pod naszym pagórkiem czekała Aina ze swoją wnuczką Julią. Miały nas zabrać do muzeum wikingów Lofotr w Borg. Julia z tej okazji ubrała piękną, żółtą sukienkę uszytą przez jej mamę. Gdybyście widzieli jak każdy szczegół był dopracowany! Byłyśmy pod wielkim wrażeniem. Sukienka została uszyta na wzór tradycyjnego ubioru wikingów. W sumie wiedziałyśmy, że opowieści o wielkich Norwegach z bujną brodą są ciągle żywe w Skandynawii, ale nie zdawałyśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo żywe 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Muzeum zostało otwarte w 2011 roku, a więc stosunkowo niedawno. Mieści się ono w domu wodza wikingów odbudowanego na podstawie wykopalisk archeologicznych prowadzonych w tym rejonie w XX wieku. Wtedy właśnie naukowcy odkryli osadę wikingów datowaną na około VI wiek naszej ery. Jak na Norwegów przystało, cały budynek zbudowany jest z drewna i mierzy 83 m długości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Sam budynek z zewnątrz robi niemałe wrażenie, natomiast prawdziwą podróż w czasie przeżywa się dopiero w środku. W muzeum zadbano o każdy szczegół, dlatego oprócz spójnego i nawiązującego do przeszłości wystroju wnętrz, również obsługa przebrana jest w silnych wikingów 🙂 Jako, że Liland i inne miejscowości na Vesvagoy to jedna wielka rodzina i szerokie grono znajomych, Aina załatwiła nam bilety za friko. W końcu jesteśmy „two hikere from Poland” 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: W Lofotr udostępnione są dwie wielkie wystawy oraz film (The Dream of Borg) – nie za długi, treściwie przedstawia historię wikingów z Borg. A zdjęcia… Piękne, piękne!

O: Jedna z prezentowanych wystaw zawiera ostrze wikingów, które znalazł wujek Ainy podczas pracy na ich polu. Nasza gospodyni z dumą pokazała nam gablotę, w której znajdował się przyrząd i opowiedziała o tym, jak stał on się źródłem sporu w jej rodzinie. Część krewnych Ainy bowiem nie chciała oddać znaleziska do muzeum i była przekonana, że ostrze powinno zostać na farmie. Ostateczne zdanie należało jednak do znalazcy, który poczuł się w obowiązku przekazać odnaleziony przedmiot do muzeum, aby mieszkańcy i turyści mogli go oglądać i poznawać historię wikingów. Aina była bardzo dumna z tego powodu, ze w jej bliskiej rodzinie znalazł się prawie archeolog 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: W muzeum możemy również skosztować kuchni wikingów, spróbować swoich sił przy robótkach ręcznych, zadawać pytania prawdziwym wikingom, którzy chętnie wprowadzą nas w świat pierwotnych Norwegów.
Wszelkie informacje o muzeum można znaleźć na jego oficjalnej tronie o tu: http://www.lofotr.no/

IMG_1815IMG_1816IMG_1818IMG_1825

Spacer po muzeum był dopiero rozgrzewką, albo przystawką. Tak na prawdę teren Lofotr obejmuje wiele niesamowicie zagospodarowanych hektarów i oferuje sporo atrakcji poza murami muzeum. Wieczorem Aina zabrała nas na spacer właśnie na teren Lofotr. Składały się na niego ścieżki dydaktyczne, wzdłuż których znajdowały się stodoły wikingów, miejsca na ognisko, gry dla dzieci i dorosłych, a nawet jezioro, po którym pływały łódki również stanowiące własność muzeum. W lecie na tym terenie organizowane są rekonstrukcje wydarzeń z historii. Można także przepłynąć się łódką w poszukiwaniu złotego runa i innych takich 😀IMG_1851IMG_1853IMG_1860IMG_1858IMG_1855

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: No ale! Spacer po terenie Lofotr dział się dopiero wieczorem, a przecież, kiedy wyszliśmy z muzeum, był środek dnia. Aina postanowiła nie marnować czasu. Wpakowała nas do samochodu i zabrała na objazdową wycieczkę po Liland. A w tym wszystkim najbardziej urzekła nas kolejna farma kóz. Malutka, lokalna, kozy żyją tam jak w raju. Firma produkuje sery, sprzedaje ziołowe herbaty, robi też niewielkie ilości mydeł o różnych zapachach. Miejsce samo w sobie jest bardzo klimatyczne, sprzyja odpoczynkowi. A i ludzie są serdeczni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_1839IMG_1834

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W środku można było się wygodnie rozsiąść i wypić herbatę, zrobić gofra w kształcie słynnej marki „Moods of Norway” lub obserwować produkcję sera 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_1845IMG_1842IMG_1838IMG_1835IMG_1846

A i O: Muzeum i objazdówka były tak intensywne, że po powrocie na farmę postanowiłyśmy się zdrzemnąć. Tak. Jedynie zdrzemnąć. Taki był przynajmniej plan. Końcem końców o 19:00 pod nasz namiot przyszła Aina. Znowu bardzo rozbawiona. Stanowczo oznajmiła, że nie ma czasu na ociąganie się i idziemy na kolejny spacer. A czemu była taka roześmiana? Okazało się, że spałyśmy 3 godziny! Wtedy właśnie poszliśmy  z Julią, Johanem i piesem – Fridą na spacer wokół jeziora wikingów należącego do muzeum Lofotr, a potem pojechaliśmy samochodem obejrzeć plażę Uiklev i do portu rybackiego w Ballstad.IMG_1863IMG_1865IMG_1866

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Jak na Ainę przystało, Ballstad to też nie był koniec atrakcji 😀 Padnięte, ale szczęśliwe zostałyśmy zaproszone na kolację do domu Ainy i jej męża. Usiedliśmy sobie wygodnie w salonie i zajadaliśmy krakersy z serem. Rozmawialiśmy długo i spokojnie. Prym wiodła raczej Alicja, ze względu na to, że naszym gospodarzom łatwiej było mówić po norwesku. Ten z kolei zwykle był zrozumiały dla Alicji, która mówi po szwedzku. Ja absolutnie nie czułam się pominięta, wszyscy dbali o to, żebym nadążała za tematami. A jeśli mam być szczera, to cieszyło mnie każde norweskie słowo klucz, które udawało mi się wyłapać 🙂 Tego wieczoru przyjechał syn Ainy iii.. niech imię męża Ainy pozostanie jeszcze przez chwilę tajemnicą, bo wiąże się z nim inna historia – Per Anders. Równie miły i ułożony jak jego rodzice. Razem z nim przyjechały dwa psy myśliwskie – Bella i Shira. I właśnie w takim gronie i przyjemnej atmosferze minęła nam reszta wieczoru. W między czasie Aina stwierdziła, że bezsensu będzie zwijanie namiotu i przenoszenie się w inne miejsce i powinnyśmy zostać na ich podwórku tak długo, jak tylko będziemy chciały. Nie sprzeczałyśmy się, bo choć znałyśmy tych ludzi dopiero drugi dzień, zdążyła nawiązać się między nami specjalna nić porozumienia, która bardzo szybko się zacieśniała. Tak właśnie wyglądały początki nasze i naszej nowej rodziny z Lofotów 🙂

 

 

From Trondheim with love

O: Jak na Wnuka i Sklorza przystało nie dotarłyśmy do Trondheim na czas. Alicja jednak miała takie szczęście do ludzi z couchsurfingu podczas naszej podróży, że opóźnienie zostało nam wybaczone. Co więcej, wrocławska ekipa z Trondheim była z nami w ciągłym kontakcie i gorąco zapraszała nas do siebie pomimo poślizgu czasowego.

O: Noc w poczekalni na stacji kolejowej w Dombas miała być spokojna. I tak też się zaczęła. Na zmianę próbowałyśmy spać przynajmniej przez kilka minut, zajadałyśmy czekoladę, czasem zerkałyśmy kątem oka na naszego sąsiada Azjatę w klapeczkach, kiedy my byłyśmy opatulone w kurtki. Przez większość czasu faktycznie nie działo się nic. Ale wystarczyło, że Alicja wyszła na chwilę przed budynek poczekalni. Stamtąd usłyszałam już tylko nawoływanie, więc zerwałam się i poleciałam do niej ze wsparciem. Wnukowa znalazła zabłąkanego labradora. Super. Chwilę przed przyjazdem pociągu musiałyśmy rozwiązać problem psa, który zapomniał drogi do domu. Ekstra. Nie miałyśmy ani czasu, ani informacji jak powinno się postępować w takiej sytuacji w Norwegii. Przytrzymałyśmy sierotę, która była swoją drogą bardzo ufna i na pierwszy rzut oka było widać, że zwiał właścicielowi. I stałyśmy tak jak dwa kołki, próbując myśleć po wystawaniu przez cały dzień w wietrznym Otta i nieprzespanej nocy. Na szczęście problem rozwiązał się sam. Po jakiejś chwili podbiegła do nas uradowana na widok swojego psa kobieta. Podziękowała za nasze zainteresowanie sytuacją i wróciła ze zbiegiem do domu, a my mogłyśmy wreszcie załadować nasze tyłki do pociągu. A ten okazał się być całkiem luksusowy. Tzn, dla kogo luksusowy, dla tego luksusowy 😀 Na siedzeniach pasażerów położone były worki, w które spółka przewozowa pakowała kocyki polarowe, opaski na oczy (bo przecież panował dzień polarny) i stopery do uszu. Oczywiście na siedzeniu Alicji leżał sobie taki pakuneczek, natomiast na moim… nie 😀 No, ale.. przecież nie jestem pazerna, prawda? Z resztą, to Alicja miała potem cięższy plecak, a nie ja 😉

O i A: Cała drogę do Trondheim przespałyśmy, a na miejscu czekały na nas kolejne luksusy. Kiedy wygramoliłyśmy się z pociągu byłyśmy bardzo zmęczone i średnio ogarniałyśmy rzeczywistość. Postanowiłyśmy więc znaleźć McDonaldsa, żeby poprawić swój nastrój kawą. Kofeinowy radar Alicji okazał się nieomylny 😀 Posiedziałyśmy chwilę w środku, zagrzałyśmy się i popijając kawę próbowałyśmy sobie wmówić, że już jesteśmy rześkie i pełne energii.

O i A: Niedługo potem przyjechał po nas na dworzec Witek. Jeden z naszych couchsurferów i zawiózł nas prosto do ich hacjendy (wiemy, że hacjenda określa bardziej gospodarstwo rolno – hodowlane, ale w tym wypadku, mam na myśli wielką przestrzeń domową, w jakiej miałyśmy okazję mieszkać przez parę dni). Tam poznałyśmy Kamila i niedługo potem Martę, która wróciła z pracy. Kilka postów wcześniej pisałyśmy, że w Jorpeland czułyśmy się jak u siebie w domu. W Trondheim miałyśmy najwyraźniej deja vu. Ekipa ugościła nas ciepłą herbatą i własnym pokojem, prysznicem i w ogóle wszystkim co tylko mieli. Przysłowia: „Gość w dom, Bóg w dom”, „co moje to Twoje” i takie tam różne podobne, nabrały dla nas w tamtym miejscu nowego znaczenia.

O i A: No i właśnie. Już na wejściu zostałyśmy otoczone taką troską i dobrocią (Marta nawet złapała za mopa, bo uznała, że podłoga w pokoju Maćka, w którym mamy spać, jest brudna i nie dało się jej powstrzymać 😀 ), że zrobiło nam się głupio, kiedy musiałyśmy ich przeprosić i zniknąć pod prysznicem. Oczywiście dla nich to był żaden problem, no ale kurcze no 😀
W każdym bądź razie prysznic podziałał jak sole trzeźwiące. Nareszcie mogłyśmy sobie usiąść z ekipą z Wrocławia i poznać się lepiej.

DSC_1661DSC_1657

O i A: No dobra. My sobie tam pitu, pitu przy stole, tymczasem Witek i Marta zorganizowali dla nas wycieczkę objazdową w miejsca nie tylko stricte turystyczne. Zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy! Pokazali nam taki śmieszny, zawijany most, skocznię Granasen, Kristianen festning (fortecę z XVII wieku, górującą nad miastem), czy statuę Olava Tryggvasona, króla wikingów, który założył Trondheim w 997 roku. Najbardziej jednak przypadły nam do gustu takie ich miejsca, z którymi wiążą swoje wspomnienia. Marta,Witek i Kamil zabierali nas na wzgórza, z których rozpościerał się widok na panoramę całego miasta, albo na wybrzeża na pierwszy rzut oka ładne, ale normalne. Kiedy jednak opowiadali nam o tym jakiego udanego grilla mieli ze znajomymi w tym miejscu, albo wskazywali nam palcami dom, gdzie kiedyś mieszkali, to takie wybrzeże przybierało dla nas zupełnie inny wymiar. Stawało się pięknym miejscem, wypełnionym osobistymi wspomnieniami ludzi, którzy zechcieli się nimi podzielić z nami. I sprawiało nam to dużą radość, bo poznałyśmy nie tylko „suche” turystyczne Trondheim, ale również miasto wypełnione emocjami 🙂

IMG_1630OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1638IMG_1641

A i O: Wieczorem, wyziębieni i zmęczeni wróciliśmy do domu, usiedliśmy sobie w kanapie, otworzyliśmy piwko i toczyliśmy przyjemną rozmowę. Tak naprawdę, każdy wieczór w domu w Trondheim miał już tak wyglądać i wyglądał.

A i O: Kolejnego dnia Marta uraczyła nas jajkami po benedyktyńsku (nowość), norweskim, słodkim serem (nowość) i chlebkiem norweskim (nowość). Na dodatek specjalnie z myślą o nas poszła na zakupy ❤

O: Po powrocie z Norwegii do domu próbowałam sobie zrobić takie jajko po benedyktyńsku. Nie dość, że Marta nam po kolei tłumaczyła jak to się robi, to jeszcze pokazywała i nie wyglądało to super skomplikowanie. Tak bardzo się pomyliłam. Moje jajo nie przypominało ani jajka sadzonego, ani jajecznicy, a już na pewno nie przypominało jajka po benedyktyńsku. Szacuneczek Marta! 😀

jajo

A i O: Spałaszowałyśmy śniadanie aż nam się uszy trzęsły! W końcu trafiło nam się coś innego niż owsianka.

A i O: Tego dnia Marta szła do pracy, ale kończyła dość szybko. Umówiliśmy się, że kiedy będziemy szli z Witkiem zwiedzać miasto, zgarniemy ją po drodze. I tak też się stało. Obskoczyliśmy z naszymi prywatnymi przewodnikami większość atrakcji turystycznych tj: Katedra Nidaros, Pałac Królewski Stiftsgarden, wzorowanej na angielskiej katedrze Canterbury, Most Gamle Bybro, budynek Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii i oczywiście stojące na palach nad rzeką Nidelva drewniane domy i magazyny kupieckie z XVII i XVIII w – Bakklandet. Nie uszedł też naszej uwadze odnowiony szpital z całkiem spektakularnym lądowiskiem dla helikopterów położony zaraz obok rzeki, gdzie nasi couchsurfingowcy płynęli malutkim pontonem (to chyba jedna z naszych ulubionych opowieści 😀 ). Bez wątpienia nasze serca skradła jednak knajpa Blaest znajdująca się w postindustrialnym rejonie Trondheim. Tam spokojnie wypiliśmy kawę i piwo, a potem zebraliśmy się na tramwaj i pojechaliśmy z powrotem do domu, gdzie załączyliśmy chill w salonie na kanapach. Właściwie wieczór upłynął nam na gadaniu oglądaniu meczu rugby i słuchaniu muzyki z youtube’a. Och słodkie lenistwo!

IMG_1647IMG_1648IMG_1663IMG_1645IMG_1649IMG_1665IMG_1654IMG_1659IMG_1660IMG_1667OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1669

A i O: Następnego dnia miałyśmy parę misji do ogarnięcia. Ponieważ pociąg do Bodo odjeżdżał w niedzielę o 7:00 oznaczało to, że musimy coś wykombinować z plecakami. Trasa z domku couchsurferów do centrum zajmowała godzinę marszu bez obciążenia, dlatego musiałyśmy znaleźć jakieś miejsce w centrum, gdzie będziemy mogły przechować bagaże przez całą noc. I znalazłyśmy. Szafki na bagaż na dworcu kolejowym. Z początku Alicja trochę nie wierzyła, że upchniemy oba plecaki i parę innych gratów do jednej szafki. Ja też się tego obawiałam, ale uznałam, że jeśli wejdę do środka to i plecory się zmieszczą. I tak też się stało. Oczywiście najpierw przywaliłam głową w kant otwartej szafki, ale wlazłam. I plecaki też się zmieściły:) Witek zgodził się podjechać z naszym bagażem wieczorem, żebyśmy mogły go zostawić już na dworcu. Koszt większej skrytki to bodajże 50 NOK, natomiast małe były za 20 NOK. Z tego co później obserwowałyśmy w innych miastach w Norwegii i Szwecji ceny były podobne.

ala

 

wlhala

A i O: Następnie wolnym kroczkiem spacerowałyśmy jeszcze raz po Trondheim, ponieważ pogoda była piękna! W drodze powrotnej do couchsurfingowego domu wstąpiłyśmy do sklepu prowadzonego przez Pana Turka i obkupiłyśmy się w tanie jabłka i pomidory, a także puszki z soczewicą (tak wyglądały nasze przygotowania do wyprawy na Lofoty). Po powrocie z miasta obejrzałyśmy sobie z Witkiem i Kamilem panoramę, a potem chłopacy zabrali nas na kolejną wycieczkę samochodem. Brak nam słów wdzięczności, kiedy przypominamy sobie o ich wszystkich dobrych gestach 🙂 Najpierw pojechaliśmy na punkt widokowy, skąd rozpościerał się widok na panoramę Trondheim, potem wybraliśmy się nad jezioro Jonsvete, z którego całe miasto czerpie wodę pitną. Na koniec chłopacy zabrali nas nad Trondheimsfjorden.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADSC_1631DSC_1641DSC_1637

A i O: W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o dworzec kolejowy.

DSC_1653

A i O: Zostawiłyśmy tam plecaki, a wieczór spędziłyśmy z Witkiem i Kamilem zanurzeni w kanapach, popijając piwo i rozmawiając. O mało nie umarłyśmy ze śmiechu, kiedy Kamil z Witkiem przejmowali prym rozmowy i dogryzali sobie jako starzy znajomi. Tak dobrze nam się gadało, że zmusiłyśmy się z Alicją do położenia się spać o 2:00 w nocy, ponieważ o 5:00 musiałyśmy wyjść z tego domu wypełnionego ciepłem i dobrymi emocjami. Aż łezka się w oku kręciła.

Wrocławska ekipo z Trondheim: dziękujemy! Mamy u Was dług wdzięczności. I mamy nadzieję, że wiecie, iż zawsze możecie się do nas zwrócić 🙂

Małe znaczy piękne. Solvorn–perła Lustrafjordu.

3.07.2015

A i O: Szczerze mówiąc, fakt, że przez całą dobę było praktycznie widno, nigdzie, nigdy nam się nie śpieszyło 🙂 Tak samo było i podczas tego poranka. Na pierwszym miejscu postawiłyśmy celebrowanie ciepłej owsianki, szczegółowe przeanalizowanie listy z campingami w okolicy Sogndal, powolne człapanie w te i z powrotem z namiotu, do łazienki oraz wiele innych, mniej lub bardziej sensownych czynności. Zdążyłyśmy się już nauczyć, że pracownicy campingów nie ogarniają do końca, kiedy dany namiot powinien się zawinąć. No, ale dojrzałyśmy w końcu do spakowania manatek i wyruszenia w dalszą drogę, czyli 150 m dalej na stację benzynową, po kawę 😀

A: Moje uzależnienie od kofeiny wielokrotnie dawało o sobie znać podczas naszej wyprawy. Sklorz jak to Sklorz po prostu lubi pić kawę, ale świat się nie zawali jak jej nie dostanie. Mi natomiast kofeina niemal niezbędna jest do życia. Przed wyjazdem do Norwegii po cichu marzyłam o małym odwyku, myślałam, że jak nie będzie kawy to po prostu się nie napiję i tyle. Szybko zweryfikowałam moje wyobrażenia, otóż mój organizm cały czas kombinował, jak tą kawę zdobyć. W Laerdal Ola uległa moim namowom i wyraziła zgodę na małą czarną. Uradowana tym faktem wkroczyłam do sklepu na stacji benzynowej i zamówiłam nam dwie kawy. Sprzedawca rozmawiał ze mną dziwną mieszanką języków, średnio szło mu z angielskim więc przeszedł na norweski coraz to wtrącając jakieś swoje słówka. Nie był rodowitym Norwegiem więc nasz dialog był niezwykle wesoły. Ponieważ chciał nadrobić czymś swoje i moje braki językowe nalał nam dwie duże kawy z mlekiem w cenie dwóch małych czarnych i dorzucił gratis dwa gofry z bitą śmietaną i dżemem. Radość Sklorza na widok gofrów bezcenna 😉

A i O: Po takim zastrzyku cukru, mogłyśmy ruszać. Nasz cel, wioseczka Solvorn, nie znajdował się daleko, bo jakieś 40 km od Laerdal. Zatrzymałyśmy się na rondzie nieopodal campingu, gdzie spędziłyśmy noc, zrzuciłyśmy plecaki i czekałyśmy na jakąś okazję. Przez chwilę zastanawiałyśmy się, czy nie uderzyć do helikoptera, który wylądował pomiędzy stacją benzynową, a campingiem. Trochę rozmarzyłyśmy się nad tym, jak przelatujemy nad tunelem i fjordem i nie musimy się męczyć z tymi przeszkodami 😀 Siedziałyśmy tak na rondzie, siedziałyśmy, patrzyłyśmy na helikopter i myślałyśmy, aż odleciał. Straszna szkoda, ale nie zdążyłyśmy zareagować – takie lenistwo nas opętało.

s1 s2
A i O: Jakiś czas później zlitowała się nad nami Pani Ukrainka. Była to bardzo ciekawska, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu kobieta, bardzo sympatyczna i rozmowna. Przewiozła nas zaledwie parę kilometrów przez tunel i wysadziła bezpośrednio przed wjazdem na prom. Ponieważ nie udało nam się złapać stopa przy pierwszej przeprawie, musiałyśmy zaczekać ok. 0,5h na kolejną. Na szczęście droga znajdowała się bezpośrednio przy fjordzie, a zaraz obok nas znajdował się mały punkt widokowy z ławeczką. Postanowiłyśmy skorzystać z tego dobrodziejstwa oraz dwóch pomidorów i Wasy, które zostały nam w plecaku. Usiadłyśmy, wyciągnęłyśmy nogi na barierkę i zaczęłyśmy chrupać pieczywko. Ja oczywiście utopiłam połowę swojego pomidora, ale życie już mnie przyzwyczaiło do takich drobnych niepowodzeń, więc nie przejęłam się tym zupełnie.

s3 s4
A i O: Niedługo zaczęła się tworzyć kolejka samochodów próbujących dostać się na prom, więc przechadzałyśmy się wzdłuż drogi z kartonem i wyciągniętymi kciukami, aż otworzyły się drzwi jednego z aut. To był Jan Erik 🙂 Młody chłopak, były taksówkarz z tego rejonu. Akurat wracał z pracy do domu i postanowił odwieźć nas na sam camping, co bardzo ułatwiło nam dzień, ponieważ Eplet Camping jest oddalony od głównej drogi o 5km.

s5

A i O: Na miejscu przywitała nas miła obsługa. Eplet Camping jest noclegownią ekologiczną. Wokół pola namiotowego znajduje się sad jabłkowy, po którym przechadzają się niezwykle przyjazne owce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

27 28
A i O: Pracownicy Eplet’u wytwarzają własne soki z owoców z prywatnego sadu. Miałyśmy okazję ich spróbować i przyznajemy, że są naprawdę smaczne. Cena za noc pod namiotem za jedna osobę to 110 NOK, co było rozsądną kwotą jak na warunki norweskie, dlatego zamierzałyśmy tam zostać 3 doby, żeby trochę odpocząć, ale w rezultacie deszcz zatrzymał nas na kolejną, czwartą noc. Pracownicy campingu bardzo dbają o otoczenie oraz o atmosferę między ludźmi. Troszczą się o dobre samopoczucie przyjezdnych i stwarzają bardzo dobre warunki do odpoczynku i relaksu.

O: Ja na początku czułam się tak, jakbym cofnęła się do czasów dzieci kwiatów, kiedy wszyscy byli szczęśliwi, pokojowi i praktykowali medytację 😀 Owszem, było to trochę dziwne, może nawet przeszło mnie parę ciarek, ale bardzo szybko przyzwyczaiłam się do panującej w okół ciszy. Ba, niedość, że błyskawicznie się przyzwyczaiłam, to jeszcze błyskawicznie spodobała mi się panująca w Eplecie aura. A tak na marginesie mówiąc, właśnie przypomniała mi się historia, która wydarzyła się na campingu i która idealnie wpisuje się w czasy hipisów, ale o tym będzie w kolejnym poście. Sorry, podkręcę dzisiaj nieco Waszą ciekawość 🙂

A i O: W każdym bądź razie, z czystym sumieniem polecamy Eplet Camping. Nie ważne, czy ktoś jest młody i rozbrykany, przyjeżdża całą rodziną z dziećmi w różnym wieku, czy jest się już w kwiecie wieku, ale nadal lubi się trekking – w Eplet widziałyśmy podróżnych w każdym wieku i każdej kondycji fizycznej. Opisywany camping oprócz tego, że oferuje pole campingowe lub pokoje sypialne, wypożycza też sprzęt do róznych sportów. Można znaleźć tam rowery i cały ekwipunek na wycieczkę rowerową, a także sprzęt do wspinaczki.

A i O: Już na wstępie zostałyśmy zapoznane przez Panią z recepcji z atrakcjami znajdującymi się w okolicy, szlakami turystycznymi, ale także z tabelą kursów promu na drugi brzeg fjordu, czy lokalizacją sklepiku. Ten ostatni był dla nas najważniejszym punktem do zwiedzania tego dnia, ponieważ skończyły nam się wszelkie zapasy jedzenia. Tak więc wyruszyłyśmy na spacer lekkim krokiem. Azymut – sklep. Nie szłyśmy daleko, ponieważ cała wioska jest maleńka i nie liczy nawet 100 mieszkańców, ale jest bardzo zadbana. Na pierwszy rzut oka widać, że głównym źródłem dochodów w tym miejscu jest turystyka i to nie tylko w sezonie letnim. Kiedy dotarłyśmy do sklepu, nasze portfele zostały powalone przez ceny, a kubki smakowe zawiedzione deficytem asortymentu. Przypomniało nam się jednak, jak Jan Erik mówił nam o Hafslo – najbliższym miasteczku znajdującym się 6 km od Solvorn.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Ponieważ nasze kiszki grały marsza, nie zastanawiałyśmy się długo i tym razem szybkim krokiem wystartowałyśmy na zakupy. A wiadomo: człowiek głodny to człowiek zły, więc przez całą drogę trochę sobie marudziłyśmy, jak bardzo jesteśmy zmęczone, ale pocieszałyśmy się tym, że przynajmniej zaoszczędzimy pieniądze. Nic bardziej mylnego 🙂 Ceny w Spar’ze były identyczne co do korony, jak te w Solvorn, więc jeśli będziecie się kiedyś wybierać do tej pyciej wioski, najlepiej zaopatrzyć się w większe zakupy w Sogndal lub innym większym mieście. Podczas powrotu wywiesiłyśmy białą flagę i nie walczyłyśmy już dłużej z pisanym nam losem. Maszerowałyśmy spokojnie i podziwiałyśmy widoki. Urzekły nas kolorowe ………………..storczyki………………?????……. (florystki z nas żadne) na tle drewnianych, charakterystycznych dla Norwegii domków i gór. To była nasza ostatnia aktywność fizyczna tego dnia. Wieczorem padłyśmy jak muchy i błogo zasnęłyśmy w naszym namiocie. A nad ranem obudziło nas piękne słońce rozświetlające niebo nad Lustrafjorden.

15
A i O: Kolejny dzień zgodnie okrzyknęłyśmy dniem lenistwa. Panował taki upał, że postanowiłyśmy spędzić czas na małej plaży niedaleko campingu i skorzystać z naszych strojów kąpielowych, bo nie wiadomo, czy nadarzy się ku temu następna okazja. Czas upływał nam powoli, a my nigdzie się nie śpieszyłyśmy. W końcu miałyśmy wakacje i panował dzień polarny 🙂 W Solvorn znajdują się 2 plaże: jedna bardzo blisko Epletu, druga nieco dalej, jakieś 5km na południe od promu. My wybrałyśmy się na tę drugą, w nadziei, że nie będzie tłoku. I udało się. Przez cały dzień wygrzewałyśmy kości i brzuchole na wielkim kamieniu i czytałyśmy książki. Co prawda marzyła nam się kąpiel w fjordzie, ale okazałyśmy się być mięczakami i woda była dla nas za zimna na takie wygłupy. Wieczór spędziłyśmy w hamaczkach, w których na zmianę czytałyśmy, podziwiałyśmy widok na sad i góry lub spałyśmy. I tak upłynął nam cały dzień.


s9 s8

23 s7
A i O: Niedziela, wbrew wszelkim stereotypom i w przeciwieństwie do poprzedniego dnia była całkiem aktywna. Wybrałyśmy się na wycieczkę do miejscowości Kroken po drugiej stronie fjordu, aby podziwiać wodospad Kroken. Musiałyśmy zdążyć na poranny prom odpływający do Urnes. Niestety dla połowy naszego teamu zrywanie się z łóżka zbyt wcześnie rano jest trudnym wyzwaniem, ale kawa, którą na szczęście zapewniał Eplet, była w stanie zdziałać cuda. Obudzone, a nawet pobudzone wyruszyłyśmy do przystani. Tam spotkałyśmy całkiem sporą grupę turystów, którzy podobnie jak my zwiedzali rejon Luster. Przeprawa trwała krótko, bo ok. 20 min. Na promie spotkałyśmy ciekawskiego pieska o dłuższej sierści – Niko.

s13
O: Jego Pan pracował na promie, a pies towarzyszył mu w ciągu dnia. Z początku trochę się martwiłam, czy taki głośny i rozbujany prom jest dobrym miejscem dla jamnika, ale ten wyglądał na zadowolonego, więc i ja przestałam się tym przejmować.

A i O: Plan naszej wycieczki obejmował dwa punkty: kościółek klepkowy z XII w. w Urnes oraz wspomniany już wcześniej wodospad Kroken. Kościółek znajduje się na wzniesieniu, bardzo blisko przystani po drugiej stronie Lustrajorden. Droga do niego jest krótka, wyasfaltowana i bardzo prosta. Nie wchodziłyśmy z Alicją do środka, ponieważ wejście było płatne, ale i tak fajnie było zobaczyć taki pachnący jeszcze wikingami obiekt choćby z zewnątrz. Spodobały nam się charakterystyczne rzeźbienia w drewnie na zewnętrznych ścianach kościoła oraz zdobienia na drzwiach. Nie zagrzałyśmy tam jednak długo miejsca, ponieważ budynek był malutki i szybko dało się go obejść w koło, a przed nami było jeszcze 13 km do wodospadu.

29
Szczerze mówiąc, niepotrzebnie tak śpieszyłyśmy się w drodze do Krokena, ponieważ prowadząca do niego droga jest łatwa i asfaltowa, więc pokonanie jej nie sprawiło nam problemów. Na szczęście rozczarowanie asfaltem wynagrodziły nam widoki na fjord i góry, jakie towarzyszyły nam od początku spaceru, ponieważ droga ta biegnie cały czas bezpośrednio wzdłuż wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

31 32

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ale, jest! Najpierw tylko słyszałyśmy jak woda uderza o dno rzeki, ale niedługo potem wyłonił się w całej swojej okazałości wodospad Kroken (w tłumaczeniu na polski – warkocz). Jego nazwa jest jak najbardziej uzasadniona, ponieważ pasma wodne przeplatają się, kiedy spadają ze skarpy tworząc złudzenie grubego warkocza.

O: Zaimponował mi kolor wody, która wzburzona już odpływała z miejsca, gdzie opadał biały, spieniony strumień. Trochę nie umiem sobie poradzić z jego opisem, ale był on błękitno – przejrzysty. Patrząc na tę wodę, odnosiłam wrażenie, że obserwuję poruszający się, żywy lód. Bardzo podobało mi się też to, jak bardzo rozpryskiwał się opadający strumień. W pewnym momencie zbliżyłam się do wodospadu, ponieważ chciałam się trochę orzeźwić. Znowu panowała piękna pogoda. Strugi wody uderzały o kamienie z taką siłą, że rozbryzgiwały się na duże, duże, duuuuże odległości, więc moje włosy i ubrania bardzo szybko stały się po prostu mokre. Fajne przeżycie 😀

A i O: To był dobry moment na krótką przerwę obiadową, czyli herbatniki i kanapki. Usiadłyśmy na trawie nieopodal jakiegoś sadu i odpoczęłyśmy chwilkę, żeby dziarskim krokiem ruszyć w drogę powrotną. Dlaczego dziarskim? Bo śpieszyło nam się na prom. Po drodze kupiłyśmy jeszcze pojemniczek truskawek, dokonując wymiany pod nieobecność właściciela. W Norwegii to częste zjawisko, że pod rzucającym cień na owoce parasolem, znajduje się skarbonka na pieniądze, ale o sprzedawcy… ani widu, ani słychu. Dlatego wybrałyśmy sobie z Alicją najlepszy według nas koszyczek truskawek i zostawiłyśmy 25 NOK’ów, bo taka cena była podana na karteczce.

WP_20150705_009
A i O: Wieczór ponownie upłynął nam w błogim lenistwie na hamakach. Następnego dnia miałyśmy wyruszać w dalszą podróż, ale prognoza pogody zapowiadała obfite ulewy. Z decyzją o tym, czy zostaniemy jeszcze jeden dzień, czy będziemy próbowały łapać stopa pomiędzy deszczem miałyśmy podjąć jutro, po przebudzeniu.

s12
Dnia następnego: niestety lało jak z cebra. A to była poważna przeszkoda w łapaniu stopa. Wykupiłyśmy jeszcze jeden nocleg i cały dzień oraz wieczór spędziłyśmy w salonie. Zawinięte w polary popijałyśmy ciepłą herbatę i czytałyśmy książki. Wieczorem zagadał do nas Brian. Brian z Nowego Jorku. Z Big Apple. Bardzo spoko gość. Rozmawialiśmy o naszych planach na najbliższe dni. Właściwie to on podjął kilka prób zagadania nas, ponieważ my byłyśmy bardziej zainteresowane naszymi książkami, niż gościem, z którym trzeba gadać po angielsku. Na szczęście miał sporą siłę przebicia i skłonił nas do rozmowy. Na szczęście, bo okazał się być bardzo entuzjastycznym człowiekiem, o ciekawych opowieściach.

Rockstar w Aurlandsfjellet

2.07.2015

Ponownie przywitał nas słoneczny poranek w Bergen oraz krzątający się po hostelu Intermission turyści i podróżnicy. Z czystym sumieniem polecamy to miejsce, ponieważ od razu po YMCA hostel jest on drugą najtańszą noclegownią w Bergen i znajduje się w ścisłym centrum. Za 190 NOK miałyśmy zapewnione miejsce w łóżku i pościel. W cenie była też pralnia z suszarnią i prysznice. Ogólne warunki sanitarne w całym obiekcie oceniamy dobrze. Intermission Hostel to specyficzne miejsce (w dobrym tego słowa znaczeniu), gdzie wieczorami organizowane są atrakcje dla przebywających tam osób, mające na celu ułatwienie integracji. A w czwartki serwowane są tradycyjne norweskie gofry, na które się niestety nie załapałyśmy. Co więcej, jest to miejsce otwarte jedynie w sezonie letnim, kiedy turyści przemieszczają się najintensywniej w ciągu roku.

l1 l2 l3 l5 l6 l7
O: Po przebudzeniu wzięłyśmy szybki prysznic. Nieprzyzwoicie długo celebrowałam mycie włosów, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja. Spakowałyśmy się i zostawiłyśmy bagaże, ponieważ chciałyśmy się pożegnać z miastem i pójść na ostatni spacer. Towarzyszył nam Eik – super sympatyczny Niemiec, którego poznałyśmy wieczór wcześniej podczas jednej z naszych kolacji o północy. Oh, wait. Tak naprawdę poznaliśmy się już pierwszego dnia w hostelu, ponieważ meldowaliśmy się o tej samej porze, ale kontakt nawiązaliśmy stosunkowo późno, a szkoda. W każdym bądź razie, Eik miał się spotkać z tatą i bratem, którzy wracali z wędkowania na fjordach, więc odprowadziłyśmy go do centrum, a może to on nas odprowadził? Nieważne. Wpadliśmy na jego rodzinę pod słynnym zespołem drewnianej zabudowy Bryggen i tam się pożegnaliśmy. Chodziłyśmy jeszcze trochę z Alicją bez celu, w końcu zdecydowałyśmy się zjeść ponownie lunch w Knajpce Pygmalion (zaraz obok YMCA Hostel). Polecamy wszystkim roślinożercom i nie tylko. Dania są bardzo ładnie serwowane, ceny przystępne, a samo jedzenie smaczne. Wystrój wnętrza też na plus. A! I warto zapamiętać, że panuje tam samoobsługa i należy podejść do baru na własnych nóżkach żeby złożyć zamówienie. Dzień wcześniej trochę się pogniewałyśmy, bo wydawało nam się, że zostałyśmy olane przez kelnerkę. Na szczęście było to jedynie złudzenie, a jak sytuacja się wyjaśniła, znowu zapanowała harmonia i przyjazna atmosfera. Woda, oczywiście jak w całej Norwegii jest za darmo i można ją pić w każdej ilości.

Alicji udało się skosztować jeszcze słynnej zupy rybnej. Podobno palce lizać 🙂

l8
Po lunchu nadszedł czas na ewakuację z miasta. Zabrałyśmy plecaki z hostelu i chciałyśmy wyjechać na obrzeża Bergen autobusem. Niestety cena biletu miejskiego była bardzo zniechęcająca (50 NOK) i Alicja zdecydowanym tonem wydała rozkaz marszu. Upał tego dnia nie był naszym sprzymierzeńcem i już po pierwszych krokach odczuwałyśmy ciężar bagażu, a magia prysznica odeszła w zapomnienie.

l9
Tego dnia chciałyśmy się dostać do Vossevangen, dlatego kierowałyśmy się drogą 585 przez Bergen Fjordline na północ miasta, a stopa zaczęłyśmy łapać właśnie na tej drodze, niedaleko skrzyżowania z drogą E39 i E16. Nie polecamy wchodzić na wiadukt (zapuściłyśmy się tam z plecakami i niepotrzebnie nadłożyłyśmy kawałek drogi). Naszym punktem startowym był jeden z przystanków autobusowych i bardzo szybko dopisało nam tam szczęście. Dosłownie po minucie od kiedy wyciągnęłyśmy kartonik z nazwą miasta, zatrzymał się młody mężczyzna o wyglądzie gwiazdy rocka. Jego oczy chowały się za czarnymi okularami przeciwsłonecznymi, co nie było niczym zaskakującym tego dnia. Od razu wzbudził nasze zaufanie i od samego początku wykazał się dużą chęcią pomocy. Miał na imię Lasse i właśnie wracał z pracy. Okazało się, że jest geologiem i bada skład chemiczny ropy. Bardzo spodobał nam się system w jakim pracuje. Mianowicie 2 tygodnie spędzał w laboratorium, a kolejne 3 miał wolne. Tym razem wracał do domu, gdzieś na południe od Laerdal. Od samego początku wszyscy w trójkę złapaliśmy dobry kontakt i rozmowa płynęła sama. Lasse opowiadał nam z ogromną pasją o górach, które mijaliśmy, o kamieniach z których się składają, wytłumaczył nam co oznaczają widoczne na nich pasy o różnych barwach, a jego opowieściom towarzyszyło nieustanne skrzypienie wydobywające się, gdzieś z nadkola, które wprawiało go w zakłopotanie, a nas w rozbawienie. Bez przerwy nas przepraszał za swój „squeaky car”, który znacznie urozmaicił naszą podróż. Lassemu bardzo zależało, żeby uciszyć swój samochód, dlatego często robiliśmy postoje. Chłopak wybierał jednak bardzo atrakcyjne miejsca z wodospadami (mijaliśmy m.in. wodospad Vasstrondi) lub innymi pięknymi widokami, żeby zapewnić nam rozrywkę, podczas kiedy on prowadził walkę z wiatrakami i próbował zlikwidować skrzypienie. Podczas naszej wspólnej podróży Lasse opowiedział nam między innymi historię o tym, jak w latach 70. nareszcie odkryto złoża ropy w Norwegii. Jest to opowieść o geologu z Iranu, który ożenił się z dziewczyną z Norwegii i których syn urodził się z ciężką chorobą genetyczną. Jego leczenie w Iranie było trudne i nieefektowne, dlatego zdecydowali się przeprowadzić całą rodziną na północ Europy, aby ratować zdrowie dziecka. W tym samym czasie Norwegowie poszukiwali ropy, jednak bezskutecznie. Badania przestawały być opłacalne i politycy byli gotowi zrezygnować z wiercenia. Nasz bohater z Iranu zasugerował jednak, aby się nie poddawać i nadal prowadzić badania, ponieważ jest pewien, że złoża ropy tam są (a kto zna się lepiej na ropie niż Arabowie?). Dodał też, żeby nie popełnili tego samego błędu, którego dokonali Arabowie i nie sprzedali ropy za pół darmo Amerykanom. Ropa się znalazła, a Norwegowie zażądali 80% zysku z ropy od Amerykanów, stając się tym samym jednym z najbogatszych państw na świecie. Irańczyk z opowieści wykładał na Uniwersytecie w Songdal, a jego syn ma się lepiej. Cała rodzina nadal żyje w Norwegii.

IMG_1483 IMG_1484
Zrobiliśmy postój nad pięknym jeziorem w Voss. Potencjalnie miałyśmy się tam pożegnać z Lasse, ale chyba żadne z nas nie chciało jeszcze kończyć tej podróży. Lasse wziął naszą mapę, ponieważ chciał rzucić okiem na trasę, jaką mógłby nam polecić, ponieważ martwił się, że nasz pomysł z podróżowaniem przez południową część Jotunheimen Park może być trochę skomplikowany w wykonaniu. Otworzył bagażnik, oparł się wygodnie i odpalił papierosa nie odrywając wzroku od mapy. My z Alicją niemal natychmiast wyrwałyśmy z aparatami nad jezioro Vangsvatnet, aby uchwycić słońce, które powolutku zniżało się do ośnieżonych szczytów górskich. W pewnym momencie Lasse podszedł do nas z wyciągniętą ręką, w której trzymał portfel. Z początku nie wiedziałyśmy o co mu chodzi, ale kiedy wyjaśniło się, że pomyślał, iż możemy być mimo wszystko wobec niego nieufne i obawiać się, że odjedzie z naszymi bagażami w siną dal, chciał nam dać w zastaw swój portfel ze wszystkimi dokumentami. Byłyśmy zaskoczone, ale zrobiło nam się miło i ucieszyłyśmy się, że trafiłyśmy na tak sympatycznego kierowcę. Oczywiście uśmiechnęłyśmy i grzecznie zasugerowałyśmy, żeby jednak schował swój portfel. Kiedy skończyłyśmy się przechadzać wokół jeziora, podeszłyśmy do Lassego i postudiowałyśmy z nim przez chwilę mapę. Chłopak zasugerował, że możemy pojechać jednak północną częścią Jotunheimen Park. Uczył się kiedyś w Sogndal i dobrze znał tamtejsze okolice. Nie musiał nas długo namawiać, ponieważ wybór drogi przez Sogndal, Lom i Ottę, oznaczał tak samo ładne widoki (jak się okazało później, może nawet ładniejsze) oraz kolejne kilka godzin w samochodzie z Lasse, jego muzyką i pogawędkami! Zapakowaliśmy swoje tyłki do „squeaky car” i ruszyliśmy dalej w kierunku Laerdal.

1 2 3
Nasza trasa biegła wzdłuż Sognefjordu, który ma dwie odnogi: Nærøyfjord i Aurlandsfjord. Obie znajdują się w sercu fiordów Norwegii, a w okół nich znajdują się takie miejscowości jak: Aurland, Flåm i Gudvangen. Lasse bardzo zależało, żeby pokazać nam prom z Flåm, skąd można wybrać się na rejs po Nærøyfjordzie. Trasa ta jest wpisana na listę UNESCO. Niestety nasze finanse (cena wycieczki to bodajże 250 NOK)  i czas (rejs zajmuje ok. 3h) nie pozwoliły nam skorzystać z tej atrakcji, ale Lasse gwarantował niezapomniane widoki na przylepione do zboczy gór norweskie wioseczki oraz widowiskowe wodospady. Krótko mówiąc, sugerował, żebyśmy tam wróciły w przyszłości jeśli tylko będziemy miały okazję. Ruszyliśmy dalej. Na drodze E16 natrafiliśmy na małe utrudnienie. Zamierzaliśmy przejechać przez najdłuższy w Europie tunel (25 km) – Laerdal Tunel, w którym zostały umieszczone podświetlone na różne kolory punkty postojowe, gdzie można odpocząć. Wewnątrz tunelu odbywał się jednak jakiś remont i przejazd zająłby nam około godziny. Lasse pozwolił nam zadecydować. Miałyśmy wybrać, czy chcemy tłuc się przez godzinę przez tunel, czy jechać trudniejszą i dłuższą drogą pasmem górskim. Odpowiedź była raczej prosta i szybka: pasmo górskie Aurland. A więc, komu w drogę i tak dalej!

4 56

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Droga była wąska, stroma, pełna zawijasów – krótko mówiąc, trudna. Mimo to, każde z nas okazywało duży entuzjazm, ponieważ zarówno dla nas, jak i dla Lassego był to pierwszy raz, kiedy podróżowaliśmy tą drogą. Krajobrazy i temperatura zmieniały się szybko: u podnóża gór przywitał nas ciepły zachód słońca, a dookoła pasły się owce na zielonej trawie. Zgodnie z prawem gór – im wyżej, tym bardziej skaliście i zimniej, ale równie pięknie. Podczas całej trasy po góskiej drodze Aurlandsvegen towarzyszyło nam słońce, ale i ono nie pomogło, kiedy dotarliśmy na sam szczyt, gdzie przejeżdżaliśmy przez 4 metrowe pokrywy śniegu. Był środek lipca, a w górach nadal zalegały wysokie połacie śniegowe, które nie miały szans stopnieć już w tym roku. Lasse wytłumaczył nam, że jeśli utrzymają się razem z przyszłoroczną warstwą śniegową – powstanie nowy lodowiec. I to nie jeden. W późniejszej części naszej podróży, pomiędzy Lom, a Otta, skutkiem roztopów były wylewające rzeki i powodzie, ale o tym potem. Zanim jednak dotarliśmy z Lasse na szczyt, zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym Stegastein wznoszącym się 650 m nad poziomem morza. Dla mnie to miejsce było imponujące, ale Lasse uznał, że spodziewał się czegoś lepszego, dlatego każdy chyba musi ocenić to miejsce samodzielnie. W każdym bądź razie mogliśmy podziwiać wspaniały widok na Aurlandsfjord i otaczające go góry. Punkt widokowy znajduje się 6 km od centrum Aurland i można go połączyć ze spacerem na górę Prest. Widoki widokami, niestety robiło się późno i wszystkich nas dopadało zmęczenie podróżą i nadmiarem emocji, więc ruszyliśmy dalej. Kiedy przejechaliśmy całe pasmo, dotarliśmy do miejscowości Laerdal.

7 8 9

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAl10IMG_1537
Jako, że zbliżała się 23:00 oraz dlatego, iż zdążyliśmy się zżyć przez te kilka godzin spędzonych wspólnie w samochodzie, Lasse krążył z nami po okolicy tak długo, dopóki nie upewnił się, że zostajemy w bezpiecznym miejscu. Kiedy nasz wspaniały kierowca nareszcie znalazł nam bezpieczny nocleg i mieliśmy się żegnać, zakręciła się nam wszystkim łezka w oku. Serio? To już koniec? Staliśmy jeszcze przez chwilę wymieniając ostatnie zdania i spojrzenia. Mimo naszych zapewnień o tym, że damy sobie radę, Lasse nie mógł przestać się martwić. Tak bardzo nam pomógł tego dnia, ale chciał zrobić jeszcze więcej, choć nie miał pomysłu co i jak. Ponownie wyciągnął portfel i chciał, podzielić się z nami swoimi pieniędzmi. My znowu odskoczyłyśmy jak oparzone, na wszelki wypadek, gdyby przyszło mu do głowy wepchnąć nam korony do kieszeni. Zrezygnowany Lasse powiedział, żebyśmy przynajmniej wzięły markery, bo pewnie przydadzą nam się na dalszej drodze:) Przytuliliśmy się, po czym pomachałyśmy odjeżdżającemu Lasse swoim squeky car’em.

Po wszystkim zostałam na chwilę sama z naszym bagażem, a Alicja pobiegła na camipng, gdzie wynegocjowała fantastyczną cenę za nocleg (60 NOK za nasz pakiecik: my dwie i nasz namiot!). Rozbiłyśmy się od razu przy fjordzie, wzięłyśmy prysznic i wysłałyśmy naszemu kierowcy obiecanego mms’a, który dowodził temu, że nasza noc będzie spokojna.

10l11 l12
A rano obudził nas taki wschód słońca (o ile w czasie dnia polarnego można mówić o wschodzie i zachodzie słońca):

11 12 13 14

Intermission Hostel: http://intermissionhostel.no/
Laerdal Ferie Camping: http://www.laerdalferiepark.com/pl