Lofoty – Tromsø-wrota Arktyki

A i O: I nadszedł ten dzień, który ciągle odwlekałyśmy – czas ruszać dalej. Pobudka, pakowanie plecaków i wielkie pożegnalne śniadanie, które przygotowała dla nas Aina. Tyle smakołyków, pyszna, aromatyczna kawa – czeka nas jazda samochodem z pełnymi żołądkami, a jeszcze poprzedniego wieczora obiecywałyśmy sobie koniec obżarstwa. Czas na pożegnalną fotkę i odjazd. Tego dnia spory kawałek trasy odbędziemy z Jimmy i Trygve, którzy podrzucą nas do oddalonego o 270km Bjerkvik.

DSC_1933

A: Przygoda na Lofotach powoli dobiegała końca. Dla nas to miejsce to coś znacznie więcej niż malownicze scenerie zapierające dech w piersiach, to cudowni ludzie, których tu poznałyśmy i którzy w tak wspaniały sposób nas ugościli.

O: Nie sądziłam, że tak bardzo będę przeżywać rozstanie z tą rodziną. Fala goryczy uderzyła we mnie dopiero w samochodzie. Kiedy tak jechaliśmy w kierunku Bjerkvik, moje gardło ściskało się coraz mocniej z każdym kilometrem, z jakim oddalałyśmy się od Liland. Szczerze mówiąc, po raz ostatni czułam się w taki sposób, kiedy w czasach podstawówki wracałam z obozu sportowego. Zalałam wtedy łzami cały autobus. Teraz na szczęście udało mi się powstrzymać powódź. Na dodatek wyczerpanie fizyczne i nadmiar emocji tak mnie zmęczyły, że przespałam przejazd tunelem podwodnym. Co za radość w całym tym nieszczęściu 😉 Pierwszy taki przejazd w drodze ze Stavanger do Bergen stanowczo mi wystarczył. Mam też nadzieję, że wszelkie inne tunele podwodne w moim życiu uda mi się ominąć szerokim łukiem, albo po prostu przespać. Polecam. To całkiem dobry sposób na ominięcie tej nieznośnej zmiany ciśnienia 😀

DSC_1931

A i O: Kilkugodzinna podróż do Bjerkvik minęła nam szybko i przyjemnie na rozmowie oraz słuchaniu bajek po norwesku 🙂 A w Bjerkvik spędziłyśmy dosłownie przerwę na obiad.

O:Żebyśmy się dobrze zrozumieli – obiad na chodniku 😀 Czyli Wasa z pomidorem, a nie tam żadne jedzenie na talerzu za pomocą sztućców, przy stole, jak cywilizowani ludzie 😀

A: Posiliłyśmy się,  ustawiłyśmy przy drodze, wyciągnęłyśmy ręce do łapania stopa i… już po chwili zatrzymał się bus, którym jechało czterech Portugalczyków.

A: Wsiadłyśmy na sam tył busa i przysłuchiwałyśmy się z zaciekawieniem rozmowie naszych towarzyszy w ich języku ojczystym. Na początku wymieniliśmy oczywiście parę uprzejmości po angielsku jednak już po chwili grupka kontynuowała swoją rozmowę po portugalsku. A nam zupełnie to nie przeszkadzało, obydwie potrzebowałyśmy chwili, żeby sobie poukładać plan na nadchodzące dni. Naszym celem było dotarcie jeszcze tego samego dnia do Tromsø, z Portugalczykami miałyśmy przejechać kilkadziesiąt kilometrów, pozostawał nam więc do pokonania jeszcze całkiem spory kawałek. Postanowiłam jednak nie myśleć na zapas i po prostu rozsiąść się wygodnie tak jak Sklorz i zrelaksować.

O: Chiiilllllll 😀

A: Nie minęło 10 sekund od tego postanowienia kiedy kierowca busa przemówił po polsku tymi słowami: „Chcesz piwo?” Normalną reakcją byłoby zaskoczenie, że zna polski i zastanawianie się skąd, jednak spontaniczność wygrała i odpowiedziałam tylko: „A mogę? Jeśli tak, to chętnie!” Po chwili obie z Olą dostałyśmy po puszeczce Heinekena. Jak się okazało kierowca pracuje z wieloma Polakami i zna kilka przydatnych zwrotów w naszym języku.

O: No, mnie tak zatkało, że na początku wydawało mi się, że źle zrozumiałam gościa częstującego nas piwem. Na szczęście Wnukowa wykazała się zimną krwią i spostrzegawczością 😀 Właściwie z nas dwóch, to Alicja jest tą szybszą i inteligentniejszą 😀 W każdym bądź razie błogosławiłam ją za to, kiedy już trzymałam puszeczkę zimnego, złotego napoju w zmarzniętych dłoniach.

WP_20150719_004
Wasze zdrowie 😉

A i O: Z Portugalczykami rozstałyśmy się 160 km od Tromsø.  Już po chwili znalazłyśmy idealne miejsce do dalszego łapania stopa, kierowcy mogli bez problemu zjechać do zatoczki.

O: Tak 🙂 Stałyśmy sobie przy drodze E8 spokojne i zadowolone, bo miałyśmy dobry czas. Kiedy tak próbowałyśmy dorwać jakąś okazję, zza naszych pleców nadjechał camper. Kierowcą był leciwy Pan, który dawał nam znaki, ze zjeżdża na parking, przy którym stoimy. Trochę zgłupiałam. W sumie całkiem mnie to rozbawiło. Pomyślałam sobie: „No luzik, jedźcie na parking. Przecież jest dla wszystkich. Ale jak chcecie nas zabrać ze sobą, to serdecznie dziękujemy, bo jedziemy w przeciwnym kierunku”. No i stałam taka niewzruszona przy drodze. A camper zajechał na parking. Na szczęście Wnukowa ZNOWU była czujna i zauważyła, że staruszkowie przejeżdżali obok nas znacznie wcześniej, a teraz po nas wrócili 😀

A: Koleina fajna para na naszej drodze. Co prawda za dużo z nimi nie porozmawiałyśmy ze względu na barierę językową, ale cisza i wspólna jazda potrafi nieźle złączyć ludzi. Po drodze zrobiliśmy mały postój i pooglądać lokalne rzemiosło.

DSC_1940DSC_1947DSC_1943

A i O: Dojeżdżając do Tromsø nasi Francuzi opowiedzieli o swoim planie podróży i zaproponowali nam przyłączenie się do nich- ich celem, po dwóch dniach spędzonych w Tromsø, była dalsza podróż na Północ, miasto Alta a później Nordkapp. Gdyby nie to, że musiałyśmy wrócić do Polski pod koniec lipca, a podróżując autostopem ciężko zaplanować ile km uda się przebyć danego dnia, na pewno zgodziłybyśmy się bez wahania.

DSC_1987

A i O: Mimo najszczerszych chęci nie udało nam się znaleźć noclegu na couchsurfingu więc postanowiłyśmy zatrzymać się na dwie noce w Smarthotelu.

O: Osobiście byłam bardzo zadowolona z obrotu spraw, ponieważ trochę się pochorowałam podczas ostatniego spaceru na Lofotach i miło było wygrzać kości w świeżej, pachnącej pościeli. A hostelem byłam oczarowana i to nie tylko dlatego, że napis na ścianie w naszym pokoju mówił, że jestem smart 😛 Ale również dlatego, że hostel ten miał najwyższy standard spośród hosteli, w których mogłam kiedykolwiek nocować.

4

DSC_2026

A: Dla mnie nie była to pierwsza wizyta w Tromsø – rok wcześniej biegłam tutaj maraton Midnight Sun Marathon i zakochałam się w tym mieście. Tromsø dla biegaczy to miejsce, w którym mają możliwość przebiegnięcia 42 km 195 m w czasie dnia polarnego oraz 21 km 97,5m w czasie nocy polarnej. Midnight Sun Marathon odbywa się w przedostatnią sobotę czerwca (start o godzinie 20:30), natomiast Polar Night Halfmarathon organizowany jest na początku stycznia (start o godzinie 15:00). Wprawdzie do Tromsø nie przyjeżdża się po życiówkę, trasa jest wymagająca, ale po niesamowite przeżycia, jakie gwarantuje malownicza sceneria. Tak więc gorąco polecam i odsyłam zainteresowanych do strony organizatora: http://www.msm.no

O: Pomimo długiej podróży, przeziębienia i zmęczenia Alicja przelała na mnie całą swoją motywację, ściągnęła z wyra i oprowadziła po mieście. Miło się patrzy na człowieka, który z radością wraca do miejsca, w którym znajdował się już wcześniej i chce się podzielić swoimi wspomnieniami 🙂 Nie zwiedzałyśmy długo, ale Alicja koniecznie chciała odwiedzić most prowadzący do miasta. Ah te sentymenty i wspomnienia! Jednak doskonale ją zrozumiałam, kiedy dotarłyśmy na miejsce i mogłyśmy podziwiać widoki rozpościerające się po obu stronach 2 km konstrukcji!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

8

nowe2

O i A: No właśnie. Ale tak właściwie to co to za miasto i jakie oferuje atrakcje? Mimo tego, że Tromso jest położone 350 km za kołem podbiegunowym, tamtejszy klimat jest stosunkowo łagodny. Wszystko dzięki prądowi Północnoatlantyckiemu. Jest to siódme co do wielkości miasto w Norwegii, największe na północy. Znajdująca się tam zabudowa jest w dużej mierze drewniana i pochodzi z XIX wieku. Zabawne jest to, że w Tromso mieści się najdalej położony na północ uniwersytet (chciałam tu przyjechać na Erasmusa, ale moi dobrzy znajomi wybili mi ten pomysł z głowy, sugerując, że zamarznę; faktycznie było to dość nieprzemyślane z mojej strony i w efekcie końcowym wyjechałam na południe Europy 😀 ). Ale wracając do tematu! Oprócz uniwersytetu można tu również znaleźć najbardziej wysuniętą na północ katedrę protestancką, najbardziej północnego w Europie Burger Kinga (heheszki) oraaaaaz najbardziej wysunięty na północ na świecie browar. Browar Mack (Mack Ølbryggeri), został założony w 1877 roku. Produkuje kilka gatunków piwa w tym Mack Pilsner, Isbjørn, Haakon, a także parę rodzajów ciemnego piwa. Oczywiście miałyśmy specjalnie odłożone korony na zakup powyższych trunków. Nie omieszkałyśmy spróbować paru smaków w hostelowym zaciszu. Polecamy z czystym sercem!

DSC_2032

O: Ach! Zapomniałabym o kinie!

IMG_2223

A: No właśnie! To tutaj znajduje się najstarsze kino północnej Europy (z 1915 roku) i do tego wciąż działające.

A: Drugiego dnia pozwoliłyśmy sobie na komfort leniwego poranka, celebrowania śniadania w hostelu aby później odbyć kilkugodzinny spacer po wyspie.

O: Celebrowałyśmy i degustowałyśmy 🙂 Smart Hostel stanowczo nie skąpi pieniędzy na śniadania. W menu można było znaleźć zarówno ciepłe posiłki, jak i zimne. Pieczywo, surówki, typowo norweskie przysmaki na kanapki, a także owoce, musli, jogurty. Spośród napojów można było wybierać pomiędzy standardową kawą lub herbatą, albo wodą z cytryną i miętą lub wodą z pomidorem. Co kto lubi, Do wyboru do koloru 🙂

WP_20150720_001

A:Najpierw udałyśmy się do Jeziora Prestvannet i zakumplowywałyśmy się z sympatycznymi kaczkami.Jezioro znajduje się na terenie parku ornitologicznego.

O: Kaczki były super! Osobiście polecam to miejsce wszystkim wielbicielom upierzonych stworzonek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA14IMG_2237

A: Ta powyżej miała taki niespokojny wzrok… Była lekko creepy, ale mimo to wyglądała na przyjaźnie nastawioną. Nie można nikogo oceniać po wyglądzie, prawda?

O: Po wyciszeniu w parku ornitologicznym ruszyłyśmy w dalszą drogę. Miałyśmy ambitny plan, aby obejść miasto dookoła wzdłuż nadbrzeża. Niestetyyyy, lata już nie te, poza tym czułam w kościach przeziębienie, dlatego skapitulowałyśmy w połowie drogi i przecięłyśmy trasę przez las. I nie żałowałyśmy 🙂

121315

O: A potem przechadzałyśmy się wolnym krokiem po mieście, w którym panuje przyjazna atmosfera. Tam też poszłyśmy na przepyszną pizzę, która okazała się być najdroższą pizzą w naszym życiu 😀

O: A właśnie! Jeżeli jesteście w Tromso i widzicie ulijechnazwa zawiera człon „Bakke” – uciekajcie! Nie wchodźcie tam! Bakke w tłumaczeniu na Polski to wzgórze. A wiadomo – to co dla Norwega jest wzgórzem – dla zwykłego Europejczyka jest Mt Everestem. My z Alicją wpuściłyśmy się w dzielnicę poprzecinaną „Bakke” ulicami i o mało nie umarłyśmy. Ja w każdym bądź razie byłam bliska czołgania się, a przynajmniej ciągnięcia twarzy po ziemi 😀

O: Oczywiście śmiejemy się, ale od tamtej pory człon „Bakke” sprawia, że podchodzę nieufnie do danej ulicy.

9
Wnętrze biblioteki w Tromso

1011

WP_20150720_012.jpg
Najdroższa pizza życia. Przynajmniej było dużo rukolii.

O: Wieczór spędziłyśmy w hostelu. Popijałyśmy piwko z Browaru Mack. Na zmianę milczałyśmy i rozmawiałyśmy. Ot taki odpoczynek.

A: Ostatni dzień pobytu w Tromsø spędziłyśmy jeszcze intensywniej. O ile poprzedniego dnia towarzyszyła nam raczej jesienna aura o tyle tego poranka świeciło cudowne słońce. I nie było zmiłuj nawet dla chorego Sklorza – postanowiłyśmy wejść na wzgórze Fløya (421 m n.p.m.) aby podziwiać stamtąd panoramę miasta. Istnieje możliwość wjechania na szczyt kolejką Fjellheisen, ale na pewno większą przyjemność odczuwa się po pokonaniu tej trasy pieszo. Co kilka minut zatrzymywałyśmy się, żeby zrobić zdjęcia i zdejmować albo zakładać, jak to było w przypadku Sklorza, coraz to inną część garderoby – w efekcie końcowym ja pokonywałam część trasy, w krótkim rękawku, a Ola była opatulana w czapkę i szalik 😉

O: Szlak na Fløya (Wnukowa cwaniara ma szwedzkie znaczki na klawiaturze i nimi szpanuje, więc choć raz sobie skopiuję jakąś fajną nazwę 😛 ) nie jest trudny. Wręcz łatwy i prowadzi przez zadbany las. Widoki z każdym przebytym metrem są coraz ładniejsze. Ale najlepszy ze wszystkiego jest finał – czyli panorama miasta widziana z góry.

IMG_2292IMG_2293IMG_2345IMG_2349DSC_2089DSC_2092IMG_2351IMG_2356IMG_2361

A: W drodze powrotnej postanowiłyśmy sobie skrócić trasę, ale jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, zamiast skrócić drogę, wydłużyłyśmy ją o uwaga 5 km!

O: Zamiast skręcić w prawo, poszłyśmy w lewo. Odwieczny problem 😀 W ten sposób dotarłyśmy z powrotem do hostelu później niż planowałyśmy, dlatego na szybciora posiliłyśmy się owsianką, wypiłyśmy herbatę, po czym zarzuciłyśmy plecaki na plecy i wyruszyłyśmy dalej. Trochę się śmiałyśmy z tego, że z naszymi gabarytami korkujemy most 😀 No trudno. I tak szłyśmy najszybciej jak tylko potrafiłyśmy, bo było już późno, a chciałyśmy dojechać do Narvik i tam rozbić namiot.

WP_20150721_008WP_20150721_005WP_20150721_004

O: Tym razem miałyśmy dużo podwózek na krótkim odcinku 😀 Najpierw pomógł nam mężczyzna jadący z córką w góry.

A: Nie do końca ogarnęłyśmy dokąd w te góry, ale ponieważ jak widać na załączonym obrazku miałyśmy wypisane czarno na białym, że chcemy do Narvik myślałyśmy, że jedzie w naszym kierunku. Rozradowane wrzuciłyśmy plecaki do bagażnika i rozsiadłyśmy się na tyle auta. Już po chwili okazało się, że nie do końca ich góry są po drodze. Ale kierowca nie widział w tym żadnego problemu i powiedział, że powinnyśmy zmienić plany i pojechać z nimi, żeby zobaczyć absolutnie najpiękniejsze miejsce w Norwegii. Ok, gdybyśmy miały więcej czasu na powrót do domu to może przemyślałybyśmy tą propozycje, może nawet zdecydowałybyśmy się na zmianę trasy, ale w tamtym momencie zdecydowałyśmy się uprzejmie podziękować i poprosiłyśmy o wysadzenie nas w jakimś dobrym do dalszego łapania stopa miejscu. I tak wylądowałyśmy na tym oto przystanku autobusowym. Widoki były przecudne i chciałyśmy popstrykać kilka fotem, ale plany „popsuło” nam kolejne auto, a w nim dwóch kierowców w drodze na ryby 😀

WP_20150721_010

A: Ujechałyśmy z nimi bodajże godzinę, panowie wydawali się sympatyczni, ale byli niezwykle małomówni. Tak więc większą część jazdy sobie przemilczeliśmy 😉 Pod koniec wysadzili nas w miejscu, które miało być campingiem, ale okazało się być opustoszałym i wymarłym campingiem w dodatku z niemal zerową liczbą przejeżdzających pojazdów. Na domiar złego zaczęły nam dokuczać komary, więc perspektywa dłuższego stania w ogóle nam się nie uśmiechała. Zmobilizowałyśmy uśmiechy i spojrzenie godne kota ze Shreka i udało się. Najpierw auto nas bezczelnie minęło 😉 ale po chwili kierowca ruszony wyrzutami sumienia zawrócił i zdecydował się nas podrzucić kilkanaście km na najbliższą stację benzynową. Jak się okazało kierowca ten był kolejnym fotografem na naszej drodze (pamiętacie Toma, którego spotkałyśmy w Ramberg?) i akurat jechał na wyspę Senja.

O: I dotarłyśmy. Nie do Narvik, ale do Statoil. A Statoil przez cały czas naszej podróży stanowiło dla nas mniejsze, bądź większe schronienie. Krótkotrwałe lub długotrwałe miejsce odpoczynku, itd. Pożegnałyśmy się z Kennethem i poczłapałyśmy na stację zrobić sobie coś ciepłego do picia. Wrzątek, jak i zimna woda są w Norwegii zupełnie za darmo. Oczywiście miło jest się zapytać obsługi, czy można skorzystać z ekspresu i nalać sobie wody, ale jest to jedynie formalność. Zrzuciłyśmy z pleców plecaki, usiadłyśmy wygodnie na wysokich krzesłach przy oknie i trochę apatycznym wzrokiem spoglądałyśmy przed siebie. O ile dobrze pamiętam było grubo po 22:00. Ruch na ulicy praktycznie nie istniał. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że już wtedy traciłyśmy nadzieję, że dojedziemy do Narvik tego samego dnia.

O: Mimo wszystko postanowiłyśmy jeszcze powalczyć. Zawinęłyśmy manatki i  za chwilę już stałyśmy w jakimś rowie z wyciągniętymi łapami,  w pełni gotowości do łapania stopa. Nie było łatwo. Dopadła nas głupawka 😀 W ten sposób, w pięknej scenerii (Statoil mieścił się przy drodze przebiegającej przez gęsty las, słońce chyliło się ku zachodowi, więc niebo przybrało ciepłe, pomarańczowe barwy, no i ten zapach świeżości, który wyzwalał w nas poczucie wolności i wakacji!) norweskich jezior odganiałyśmy komary, śmiałyśmy się z zapadającego zmroku iii trochę łapałyśmy stopa 😀 W środku tego całego zamieszania wykrzyknęłam nagle: „ŁOŚ!!”. Alicja zaczęła się rozglądać dookoła, a ja wskazywałam palcem ciągle w to samo miejsce. Jeśli jeszcze nie wiecie, zobaczenie łosia w Norwegii było moim dużym marzeniem, niestety ciągle niespełnionym. W każdym bądź razie stałam tak i powtarzałam w kółko, że łoś, że zostajemy, że ja się nigdzie nie ruszam, bo tutaj są łosie!

A: Wyobraźcie sobie taką sytuację: godzina 22:30, okolice stacji benzynowej gdzieś na północy Norwegii, a Sklorz niemalże podskakuje z radości i krzyczy: „Łoś, łoś!”Rozglądam się jak głupia, wytężam wzrok a łosia ani widu ani słychu a w końcu to nie są jakieś małe zwierzątka i raczej ciężkie do przeoczenia. Dopiero po dłuższej chwili dogadałyśmy się, że Ola zobaczyła tylko znak z łosiem:D Ponieważ Sklorz zaparł się, że tego dnia już nigdzie się z tego miejsca nie rusza, nie pozostało nam nic innego jak poszukać dogodnego miejsca na rozbicie namiotu. Następnego dnia miałyśmy kontynuować naszego stopa do Narvik.

IMG_2369
I słynny znak Sklorza 🙂

IMG_2373

 

Reklamy

Lofoten, day 5- polska uczta w Liland

A: To była pierwsza od prawie tygodnia noc spędzona w łóżku a nie w namiocie. Zasnęłyśmy momentalnie i po raz kolejny spałyśmy dłużej niż planowałyśmy. Kiedy się obudziłyśmy okazało się, że było już po 10.00. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że dzień polarny kojarzy nam się paradoksalnie z długim spaniem.

A i O: Byłyśmy bardzo wdzięczne Ainie i Bossowi za troskę i jeszcze większą gościnę. Już od pierwszej chwili na ich farmie poczułyśmy się jak część rodziny, a poprzedni dzień tylko spotęgował to uczucie.

A: Po porannej toalecie udałyśmy się na górę do kuchni, gdzie Aina czekała na nas z kawą i śniadaniem. Podczas gdy my zajadałyśmy się przygotowanymi przez nią smakołykami, Aina opowiadała nam plan dnia. Otóż najpierw miałyśmy się wybrać z nią, Johanem i psami na kilkugodzinny spacer a później będziemy mogły w spokoju przygotować polskie danie na które zaprosiłyśmy ją poprzedniego dnia. Aina nieśmiało zapytała czy może zaprosić Monję z mężem i dziećmi oraz swojego syna. Nasza odpowiedź: jasne! I tym oto sposobem już za kilka godzin będziemy szykować kolację dla 11 osób!

A i O: Pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała. Było chłodno, bardzo wietrznie i momentami deszczowo. Ale jak to się mówi w Skandynawii: „nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”.

A: Około godziny 12.00 dojechaliśmy do plaży Haukland, zostawiliśmy auto na parkingu i wyruszyliśmy w kierunku Uttakleiv. Aina i Johan umijali nam czas rozmową.

IMG_2070IMG_2075IMG_2078IMG_2079OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O: Jak widać na załączonym obrazku, dobrze dostosowałam ubiór do warunków pogodowych 😀 Fason i rozmiar co prawda trochę nie leżą, ale najważniejsze to pozostać suchym!

IMG_2088IMG_2099IMG_2103IMG_2110

A: Po powrocie do domu Aina udała się na drzemkę a my pomaszerowałyśmy do sklepu po wszystkie składniki na kolację. Ponieważ nasi gospodarze chcieli zasmakować jakiegoś polskiego specjału, Ola wpadła na pomysł, że zrobimy pierogi. Początkowo miały to być ruskie, ale w Norwegii nie można kupić białego sera, zdecydowałyśmy się więc zrobić pierogi ze szpinakiem i serem feta. Ulepienie pierogów dla 11 osób było zajęciem na większą część popołudnia. Miałyśmy przy tym całkiem spory ubaw, nie często zdarza nam się gotować obiad dla 11 Norwegów 😉

DSC_1865

Ola w akcji:

I nasza wierna towarzyszka Bella:

DSC_1871

A: Pewnie zauważyliście, że męża Ainy nazywamy Bossem, tak utarło się już od pierwszego dnia i zostało aż do samego końca naszego pobytu. Po części wynikało to z żartu już podczas pierwszej rozmowy, po części z ogromnej trudności w wyłapaniu jego prawdziwego imienia. Aina wielokrotnie o nim mówiła, ale za nic w świecie nie mogłyśmy zapamiętać jak nazywała Bossa. Po tych kilku dniach głupio nam było się po prostu zapytać, ale postawiłyśmy sobie za punkt honoru, że musimy się nauczyć jego imienia i od samego rana wytężałyśmy słuch. Zwłaszcza Ola. Podczas lepienia pierogów odparła dumnie, że nareszcie wie jak Boss się nazywa. Była taka z siebie zadowolona oznajmiając, że prawdziwe imię Bossa to po prostu Fenomen. Moją reakcją był kilkuminutowy atak śmiechu i odpowiedź, że Sklorz sama jest fenomenem. Jak się za kilka godzin okaże imię Bossa to Per Normann a Aina je po prostu wymawiała w taki sposób, że dla Sklorza brzmiało to jak Fenomen 😉

Boss usłyszał tą anegdotę kilka miesięcy później podczas innej kolacji, tym razem w Sztokholmie i chyba od tamtej pory darzy Olę jeszcze większą sympatią 😉

A i O: Wow, udało się! Brzuchy napełnione, wszyscy zadowoleni, my dowartościowane. Tylu pochwał naraz nie słyszałyśmy chyba nigdy. Wszystkim bardzo smakowało i sięgali po dokładkę. Ponad 100 pierogów zniknęło w bardzo krótkim czasie 😉

11047603_10152983824876129_128585475070068471_n

A i O: To była udana kolacja w doborowym towarzystwie. Dowiedziałyśmy się jeszcze więcej o tej cudownej rodzince, np. że Boss w młodości był bardzo dobrze zapowiadającym się skoczkiem narciarskim i odnosił sukcesy na zawodach krajowych. Niestety kontuzja kolana wykluczyła go z dalszego skakania. Aina i Boss pokazali nam też puchar, który otrzymali od ich pracodawcy – firmy Tine – za 15 lat współpracy i dostarczanie wysokiej jakości mleka. Poniżej wklejamy link do lokalnej gazety Lofotenposten i artykułu poświęconego Ainie i Per Normannowi:

http://www.lofotposten.no/lokale-nyheter/hedret-med-solvtine/s/1-71-7312389

O: To był fajny dzień. Po obiedzie siedzieliśmy wszyscy w salonie i rozmawialiśmy trochę po angielsku, trochę po norwesku i odrobinę po szwedzku. Wieczorem dołączyli do nas znajomi Per Andersa. Dzięki nim zrodził się pomysł, żeby następnego dnia zabrać nas na doroczną potańcówkę do Unstad. Wszyscy wtajemniczeni w charakter tego wydarzenia zanosili się śmiechem i zgodnie uznali, że to ważna i charakterystyczna część kulturalna na ich wyspie, dlatego warto nam to pokazać. Per Anders zadeklarował się nam towarzyszyć, ale o tym w kolejnym poście.

 

 

Lofoten, day 4 – Å, Reine

A i O: Nasz pobyt na Lofotach można opisać jako niezwykle intensywny, chociaż nie brakowało w nim także dłuższych chwil lenistwa, popołudniowych drzemek, itp. Chciałyśmy jednak jak najlepiej wykorzystać ten czas, dlatego postanowiłyśmy już dzień wcześniej, że koniec ze spaniem do godziny 10-11, musimy kuć żelazo póki gorące i kolejnego dnia miałyśmy się zerwać najpóźniej o godzinie 8.00. Czwartek zarezerwowany był na zwiedzanie Å i Reine.

A: Nie jestem fanką wstawania skoro świt, w dodatku w Liland spało nam się cudownie jednak tego dnia obudziłam się jeszcze przed budzikiem, zerknęłam na Olę, która powitała mnie szerokim uśmiechem. To będzie udany dzień!

A i O: Otworzyłyśmy namiot, wychyliłyśmy nasze rozczochrane głowy i po 10 sekundach stwierdziłyśmy, że pogoda raczej nas dzisiaj nie rozpieści. Za „oknem” było pochmurnie i chłodno, nadszedł więc czas na wyciągnięcie kurtek zimowych. Poczłapałyśmy do domu, Aina wróciła właśnie z porannego dojenia krów, nie kryła zdziwienia z faktu, że nie było jeszcze godziny 8.00 a my już na nogach. Po doświadczeniach dwóch poprzednich dni miała nas raczej za ogromne śpiochy 😉

A: Poranna toaleta, pożywna owsianka na śniadanie i nadszedł czas na wyruszenie w drogę. Obrałyśmy nasz pierwszy cel – pobliski sklep i to nie po to, aby uzupełnić prowiant, ale zdobyć karton. Poprzedniego dnia musiałyśmy pisać nazwy miejscowości na pojedyńczych kartkach, których utrzymanie w ręku przy wietrznej pogodzie było sporym wyzwaniem. Przekroczyłyśmy próg sklepu, uśmiechnęłyśmy się do personelu, pokrążyłyśmy trochę między półkami w celu zebrania odwagi do zagadania sprzedawcy o karton. Podczas tego krążenia ludzie z zaciekawieniem nam się przyglądali, zwłaszcza młody kasjer, który przy tym bardzo szeroko się uśmiechał, wręcz rzekłabym, że się z nas podśmiewywał i wprost nie mógł od nas odwrócić wzroku. Trochę zmieszana spytałam niemniej zmieszaną Olę: „Sklorz, czy Ty go znasz?!” Na moje pytanie usłyszałam następującą odpowiedź: „A niby skąd mam go znać, skoro też jestem tutaj pierwszy raz?!” Fakt, nie popisałam się 😉 Kasjer uśmiechnął się jeszcze szerzej (a jeszcze przed chwilą mogłabym się założyć, że już się nie da) kiedy usłyszał nasze pytanie o karton. Był bardzo uradowany faktem, że może nam pomóc i już po chwili opuściłyśmy sklep z naszą zdobyczą. Jak się później okazało (podczas wieczornej rozmowy z Ainą i Bossem) kasjer to kuzyn naszych gospodarzy i doskonale wiedział kim jesteśmy. Liland to bardzo mała miejscowość a wieść o dwóch autostopowiczkach z Polski bardzo szybko się rozniosła.

A i O: Poczłapałyśmy na pobliski przystanek i przystąpiłyśmy do łapania stopa do malutkiej miejscowości Å na wyspie Moskenesøya.

WP_20150716_001

O: Już po chwili zatrzymał się sympatyczny Norweg, który podwiózł nas kawałek za Leknes. Tam wypowiedziałam poniższe zaklęcie, dzięki któremu zatrzymał się camper z parą starszych Niemców i psem o imieniu Tony. Zabrali nas bezpośrednio do Å. A zaklęcie brzmiało:”co jest nie tak z tymi camperami, że się nie zatrzymują?!”

A: Ja tylko dodam, że zaklęcie zadziałało z taką prędkością, że o mało nie zadławiłam się kawałkiem spożywanej właśnie czekolady. Podróż camperem umilał nam Tony, który okazał się bardzo towarzyskim psiakiem.

WP_20150716_018

A: Jak już wspominałyśmy we wcześniejszych postach każda z wysp na Lofotach ma trochę inny charakter, Moskenesøya jest bardziej surowa niż „nasza” zielona Vestvågøy. Słowo å to po norwesku strumyk, mała rzeczka lub potok, miejscowość okazała się bardzo klimatyczną osadą rybacką z wieloma drewnianymi balami na który wisiały suszące się ryby, przede wszystkim dorsz. Norwegia słynie właśnie z tørrfisk czyli sztokfiszu i to tutaj na Lofotach panują idealne warunki do odpowiedniego suszenia ryb. Kluczowy jest panujący tu klimat.

I jeszcze mała ciekawostka o Å: To tutaj rozpoczyna się europejska trasa E10.

IMG_1971IMG_1973OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1975OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_199212243160_10201125196007322_7583224790773921922_n

A i O: OK, Å jest fajne! Ale czas ruszać dalej. Jedziemy do Reine. I tym razem nie czekałyśmy zbyt długo na następny transport. Kolejna para z psem na naszej drodze, tym razem młodzi Francuzi z psem Junkie odbywający półroczny trip po Europie. Mieli extra samochód, który wprost emanował energią podróżników. Zresztą sami popatrzcie 😉

DSC_1839OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Reine ze swoją przepiękną przystanią również nas urzekło.

IMG_2027OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2036IMG_2034OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Ponieważ obiecałyśmy Ainie powrót na obiad zaczynał nas trochę gonić czas. Zabrałyśmy się więc żwawo do łapania stopa. Znowu nam dopisało szczęście. Ola chyba na dobre zaczarowała te campery, kolejny kierowca zdecydował się nas podrzucić do domu. Tym razem jechałyśmy luksusowym camperem w towarzystwie Norwega i pary Polaków. Z tą trójką wiąże się bardzo ciekawa historia. Otóż już po kilkuminutowej rozmowie okazało się, że ta para Polaków również podróżowała autostopem i trzy dni wcześniej zatrzymał się camper z tym też Norwegiem za kółkiem i tak sobie już jeżdżą od tych trzech dni i końca ich wspólnej przygody nie widać. Żeby było śmieszniej Norweg to emeryt nieznający angielskiego a podróżujący z nim Polacy nie znają norweskiego. To znaczy w chwili wsiadania do campera nie znali, ale po tych trzech dniach wspólnej jazdy całkiem nieźle sobie radzili. Nie kryłam podziwu dla nich. Trzydniowy intensywny kurs przyniósł pierwsze owoce. Morał z tego taki, że po pierwsze Polak potrafi, po drugie rzucenie się na głęboką wodę przynosi efekty i nie ma co się obawiać nowych wyzwań oraz po trzecie można się nauczyć norweskiego na poziomie komunikatywnym z native speakerem po zaledwie trzech dniach wspólnej podróży camperem. Myślę, że szkoły językowe powinny to opatentować. Hm a może my ze Sklorzem to zrobimy… 😉

Po powrocie do Liland usiadłyśmy wygodnie w kuchni i skonsumowałyśmy przygotowany przez Ainę obiad. Dzień wcześniej podczas rozmowy wyszło, że jeszcze nie miałam okazji skosztować mięsa z wieloryba, Aina postanowiła więc przygotować je dla mnie. Dla Oli, która jest wegetarianką, Aina przygotowała zupę kalafiorową i warzywa. Zrobiło nam się bardzo miło z powodu tej uczty tylko dla nas i chciałyśmy się jakoś zrewanżować. Długo się nie namyślając wypaliłyśmy: „W takim razie jutro my zapraszamy na polskie danie”. Jaki to był specjał, jak nam poszło z gotowaniem i co najważniejsze, jak smakowało naszym gospodarzom przeczytacie w następnym wpisie. Ot, taka mała autoreklama 😉

A i O: Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka. Boss tego dnia specjalnie dla nas szybciej uwinął się z pracą, żeby zrobić nam wycieczkę objazdową po wyspie. Razem z Ainą jeździli z nami przez przeszło 3 h, co chwilę się zatrzymując, żebyśmy mogły zrobić zdjęcia. Pokazali nam między innymi małą wioskę rybacką Ure. Boss zajmował się w młodości połowem wielorybów, jednak kiedy poznał Ainę zrezygnował dla niej z tego dość niebezpiecznego, zwłaszcza w tamtych czasach, zajęcia. Jego wiedza w tym zakresie jest ogromna. Pokazał nam różnego rodzaju statki i wyjaśnił jak łowi się wieloryby.

IMG_2042OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2056OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2065

A i O: Pogoda pod wieczór znacznie się pogorszyła, było jeszcze zimniej a do tego nieźle się rozpadało. W tej sytuacji Aina i Boss nawet nie chcieli słyszeć o naszym spaniu pod namiotem. Zarządzili (już nawet nie proponowali), że ugoszczą nas w jednym z pokoi na dole. Zasypiałyśmy z uśmiechem na twarzy. To był kolejny cudowny dzień. Ciekawe co czeka nas jutro?! 😉

Lofoty – day 1, Vestvågøy

A i O: Lofoty to punkt kulminacyjny naszej wyprawy. Bardzo dużo słyszałyśmy o tym miejscu, o pięknych plażach, wysokich górach, kapryśnej pogodzie. W większości opisów przewijało się określenie „prawdziwy raj na Ziemi”. Byłyśmy bardzo podekscytowane, że przekonamy się na własnej skórze czy to prawda. Od początku naszej podróży byłyśmy trochę rozdarte – z jednej strony chciałyśmy żeby czas bardzo wolno mijał (oczywiście z wyjątkiem tych chwil, kiedy łapałyśmy stopa – wtedy zależało nam na jak najszybszym przemieszczaniu się), z drugiej jednak strony nieustannie odliczałyśmy dni do wylotu do Leknes, jakby czując pod skórą, że wydarzy się tam coś niesamowitego. Nawet teraz, po kilku miesiącach, kiedy wracamy myślami do tych dni czujemy prawdziwe motyle w żołądkach. Niemalże każdy dzień pobytu w Norwegii przynosił coś niezwykłego, spotykałyśmy fantastycznych ludzi na naszej drodze, odwiedzałyśmy niesamowite miejsca. Wielokrotnie myślałyśmy sobie: „wow! to niemożliwe, jakie mamy szczęście. Jesteśmy w czepkach urodzone.” Czasami wydawało nam się, że mamy nawet trochę za dużo tego farta i nie zdołamy spłacić długu wdzięczności do losu. Zwłaszcza podczas pobytu na Lofotach! Spędziłyśmy tam łącznie sześć cudownych dni, których nie da się streścić w jednym wpisie. Dlatego zdecydowałyśmy się podzielić ten wątek na kilka postów – każdy dzień będzie opisany osobno.

A: Do Leknes przyleciałyśmy chwilę po godzinie 6.00. Zmęczenie dawało o sobie ostro znać. Po tym jak musiałam obudzić Olę była półprzytomna i praktycznie niezdolna do konstruktywnego myślenia 😉 Odebrałyśmy nasz bagaż, odświeżyłyśmy się na lotnisku i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Początkowo planowałyśmy łapać stopa zaraz po przylocie. Naszym celem było dotarcie w pobliże jakiegoś campingu, chciałyśmy się rozbić na dziko, ale jednocześnie mieć dostęp do toalet i prysznica. Stanęłyśmy, a właściwie rozsiadłyśmy się przy drodze i próbowałyśmy naszego szczęścia. Jednocześnie czułyśmy mały niepokój – nie zdążyłyśmy zdecydować na której z wysp chcemy się zatrzymać, od czego chcemy zacząć nasze zwiedzanie. Ponieważ brakowało nam przekonania dokąd chcemy jechać, do tego odczuwałyśmy ogromne zmęczenie, raczej odstraszałyśmy przejeżdżających obok nas kierowców. Ruch o tej porze był stosunkowo niewielki i po chwili podjęłyśmy decyzję, że musimy najpierw odpocząć i nabrać sił, żeby móc ruszyć w dalszą podróż. Doczłapałyśmy do pobliskiej budki z kiełbaskami, która była jeszcze zamknięta i położyłyśmy się na naszych karimatach. Ola bardzo potrzebowała chociaż odrobiny snu, ja wiedziałam, że na pewno nie zasnę tylko będę czuwać ale i tak chciałam chwile odpocząć. Tuż przed godziną 9.00 postanowiłam przespacerować się do informacji turystycznej, żeby dostać listę różnych campingów. Obudziłam Olę, poinformowałam dokąd idę, żeby nie wystraszyła się, że mnie nie ma. Po kilkuminutowym spacerze dotarłam do małego centrum handlowego Lofotsenteret. Postanowiłam je bliżej zwiedzić w drodze powrotnej. W informacji turystycznej dostałam dość długą listę różnych campingów, kilka praktycznych rad i żwawo ruszyłam z powrotem. W Lofotensenteret postanowiłam skombinować dla nas kawę. Trafiłam do bardzo przyjemnej kawiarni, poprosiłam o kawę na wynos i po upewnieniu się, że dolewka jest w cenie kawy spytałam czy mogę być tak perfidna i poprosić o dolewkę w oddzielnym kubeczku. Bardzo miła pani szeroko i szczerze się uśmiechnęła i odpowiedziała, że nie ma problemu. Muszę przyznać, że nie miałam absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, górę wzięła radość z powodu tego jaką frajdę sprawię za chwilę Sklorzowi. Kochani, gdybyście tylko mogli zobaczyć tą euforię na twarzy Oli! Właśnie tego wtedy potrzebowała najbardziej. Porządna dawka kofeiny nas pobudziła i zabrałyśmy się z zapałem do układania planu działania. Postanowiłyśmy zostać przez najbliższe dwie noce gdzieś na wyspie, na której się właśnie znajdowałyśmy czyli na Vestvågøya.

WP_20150713_022

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Stopa łapałyśmy dosłownie 5 minut, o ile nie jeszcze krócej. Zdążyłyśmy się jedynie ustawić, wyciągnąć ręce i od razu zatrzymał się samochód, za kierownicą którego siedziała bardzo sympatycznie wyglądająca kobieta w okularach zajadająca loda w rożku 😉 To roześmiana od ucha do ucha Norweżka o imieniu Aina. Za chwilę miałyśmy uczestniczyć w bardzo nietypowej rozmowie. Otóż po mniej więcej 5 minutach jazdy zapytałyśmy Ainy czy zna jakieś dobre miejsce na rozbicie namiotu na dziko ale w pobliżu campingu. Aina odpowiedziała, że owszem zna i że ma dla nas świetne miejsce na namiot i zaproponowała rozbicie go u niej na farmie. Muszę przyznać, że zbaraniałyśmy, zupełnie nie spodziewałyśmy się takiej odpowiedzi. Troszkę zawstydzone spytałyśmy czy to nie będzie problem dla niej i jej rodziny. Aina zapewniała, że jej rodzina tylko się ucieszy z naszej obecności. Spojrzałyśmy z Olą niepewnie na siebie nawzajem i nie wiedziałyśmy co odpowiedzieć. Aina stwierdziła, że pokaże nam gdzie mieszka i same zdecydujemy. Tak też uczyniła i już po chwili zajadałyśmy lunch na podwórku w towarzystwie Ainy i jej męża, ich czwórki wnuków, zięcia i kuzyna 🙂 To było bardzo ciekawe doświadczenie – nie wszyscy z obecnych mówili po angielsku, większość z nich znacznie swobodniej czuła się używając norweskiego więc porozumiewaliśmy się używając mieszanki norwesko-szwedzko-angielskiej. Po lunchu i stanowczym zapewnieniu, że nasza obecność nie będzie stanowić żadnego problemu postanowiłyśmy skorzystać z ich gościnności przez najbliższe dwie noce. Przynajmniej tak zapewniałyśmy naszych gospodarzy. Bez problemu znalazłyśmy idealne miejsce na nasz namiot.

DSC_1692IMG_1686IMG_1688

A i O: Po rozbiciu namiotu Aina zabrała nas na małą przejażdżkę po okolicy. Towarzyszyły nam jej córka Monja i wnuczka Julia. Opowiedziały nam, że każda z wysp na Lofotach ma zupełnie inny charakter, my znajdowałyśmy się na tej najbardziej zielonej. Odwiedziłyśmy między innymi gospodarstwo znajomych naszej gospodyni, gdzie mogłyśmy się zakumplować z pewną sympatyczną lamą. Podjechałyśmy też do malutkiej, lokalnej firmy hodującej kozy i produkującej kozi ser. Właścicielami była rodzina, która przeprowadziła się na Lofoty z Holandii. Tego dnia za ladą stał akurat syn właściciela. Wyglądał na kilkunastoletniego chłopaka. Uciął sobie krótką pogawędkę z Ainą i Monją. Te przedstawiły nas jako „two hikere from Poland”, po czym zostałyśmy poczęstowane serem. Istna sielana!

O: Dalsza część wycieczki objazdowej obejmowała przystanek pod pewnymi pięknymi górami. Okazało się, że to Himmeltindan, na które bardzo chciałam wejść, wyniknęło jednak kilka ale: poziom trudności wspinaczki – level hard o czym nie wiedziałam oraz ograniczenie czasowe – level super hard 🙂 Zadowoliłyśmy się samym patrzeniem, które też było fajnym przeżyciem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Po powrocie na farmę i do naszego namiotu, zrobiłyśmy sobie pożywny obiad. Ten dzień zapowiadał się nadzwyczaj intensywnie. Najpierw czekało nas uczestniczenie w wypędzaniu części krów na wzgórze, następnie wizyta w oborze, gdzie podglądałyśmy pracę naszych gospodarzy, a wieczorem miałyśmy przejść szlakiem łączącym plaże Unstad i Eggum. Aina zadecydowała, że musimy wykorzystać w pełni słoneczny dzień polarny i przejść się tym szlakiem, prognozy zapowiadały pogorszenie pogody następnego dnia.

O: Zanim jednak wyruszyłyśmy w trasę żeby oglądać Midnight Sun, zostałyśmy zaproszone przez Ainę i jej męża do obory 😀 Od pierwszego spotkania mogłyśmy zauważyć, że ich cała rodzina jest bardzo związana nie tylko ze sobą, ale i z naturą. Krowy to ich duma, ale przede wszystkim jedno z głównych środków zarobku. Aina i jej mąż dużo inwestują w swoje zwierzęta i zapewniają im godne życie (tak mi serce rosło, kiedy oglądałam tę oborę i słuchałam o trosce jaką otaczają swoje zwierzaki!), ale potem karma i przemysł spożywczy zwracają im te wydatki z nadwyżką 😉

Na wstępie każda z nas dostała parę kaloszy i wielkie t-shirty z rejsu Midnight Sun Lofoten, a potem zostałyśmy oprowadzone po całym dobytku. Mąż Ainy pokazał nam specjalny zeszyt, w którym odnotowywał stan każdej krowy z osobna (czy jest zdrowa, kiedy oglądał ją weterynarz, ile mleka oddała w danym dniu itp), pokazał mechanizm dojenia, z którego również był dumny, wielki zbiornik na mleko, którego działanie było dla mnie zbyt skomplikowane i tego nie ogarnęłam. Dookoła krzątali się mała Julia, jej brat Johan, ich tato Jimmy, sąsiad Robert… no iiii dużo by tu wymieniać 🙂 W każdym bądź razie cała rodzina i ich przyjaciele, a w tym my: two hikere from Poland 😀 Momentami było mi głupio i miałam wrażenie, że jedynie przeszkadzam i plączę się pod nogami osób, które ciężko pracują, ale zupełnie niepotrzebnie się martwiłam. Serdeczność i wyrozumiałość jakie biły od tych ludzi sprawiały, że czułyśmy się tak, jakbyśmy znajdowały się w innym, lepszym świecie 🙂 Nasza pomoc skończyła się na głaskaniu krów 😀 Aiana próbowała nauczyć nas dojenia, ale raczej z marnym skutkiem 😀

Prawdziwa zabawa, a raczej wyzwanie miało się jednak dopiero zacząć! Kiedy głowa rodziny ogłosiła koniec dojenia, wszyscy wyszliśmy z obory. Każdy z nas dostał długi, czerwony, plastikowy kij. No właśnie? Po ten kij? Wszystko zaczęło się dziać tak szybko, że kompletnie nie zrozumiałyśmy z Alicją sytuacji, a wszyscy zaczęli biegać za kilkoma krowami! My, żeby nie odstawać od reszty też starałyśmy się biegać, ale nie miałyśmy zielonego pojęcia w którym kierunku mamy się przemieszczać, poza tym trochę się bałyśmy, że za chwilę któraś z krów nas stratuje. Więc zamiast gonić biedne zwierzęta, raczej przed nimi uciekałyśmy 😀 Wszyscy dookoła zauważyli nasze zagubienie i bardzo się z nas śmiali. Puenta jest taka, że pożytek z nas był żaden i zamiast pomóc, tylko utrudniłyśmy pracę 😀 Ale nikt nam nie miał tego za złe ❤ A wiecie o co chodziło? Chodziło o to, aby przegonić parę krów ze stada na ogrodzone wzgórze.

Zaczęło się robić późno, krajobraz nabrał ciepłych, lekko pomarańczowych barw. Kiedy rodzina Ainy wypędziła krowy, jej mąż i Jimmy zaprowadzili mnie i Alicję jeeeeeeeszcze wyżej. Przedzieraliśmy się tak we czwórkę przez trawy, a nasz gospodarz bez chwili wytchnienia opowiadał nam o gospodarstwie i widokach jakie rozpościerały się dokoła. Były to piękne opowieści doświadczonego człowieka o białych włosach i uśmiechniętych zmarszczkach w okół oczu. Opowieści człowieka, którego rodzina zasiedlała tę wyspę już wiele pokoleń wstecz. Pomyślałam wtedy, że pra pra pra pra pra pra pra dziadek naszego gospodarza musiał być silnym wikingiem 😀

Była też inna rzecz, jaka zwróciła moją uwagę. Kiedy tak szliśmy i szliśmy, a mąż Ainy po całym dniu pracy na roli i pogoni za krowami opowiadał i opowiadał, to między słowami robił takie głośne, krótkie, charakterystyczne wdechy. Jako, że jest to człowiek w sile wieku, pomyślałam: „Ojej, biedny Pan Gospodarz, jest taki zmęczony po całym dniu, ciężko mu się oddycha, a zabrał nas jeszcze na spacer na wzgórze i opowiada tyle historii specjalnie dla nas. Jak my się mu odwdzięczymy?”. Parę dni później (jak to u Sklorza, zanim mózg zatrybi musi minąć trochę czasu) przypomniałam sobie jak Alicja opowiadała mi o pewnym wykładzie jakiejś Szwedki. Były to początki jej przygody z tym krajem i kulturą, więc zadziwiło ją owe charakterystyczne zasysanie powietrza  przez Panią podczas wypowiedzi. Jak się okazało to wciąganie „tlenu” jest takim skandynawskim przytakiwaniem 😀 No i właśnie 🙂 Mąż Ainy wcale nie był zmęczony. Wszak ma wikingowe korzenie! Jedynie przytakiwał sobie podczas opowieści 😀

DSC_1695

A i O: Tuż przed godziną 21.00 Aina zawiozła nas do Unstad i wyjaśniła jak mamy iść. Podała nam swój numer telefonu, miałyśmy odezwać się z Eggum, żeby mogli po nas przyjechać. Wedle jej wyliczeń powinnyśmy były dojść na miejsce około północy.

A: Plaża w Unstad to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w moim życiu. Od razu zaparło mi dech. Sama przeprawa z Unstad do Eggum do łatwych nie należała. Dla mnie, osoby o praktycznie zerowym doświadczeniu w chodzeniu po górach, przejście tym szlakiem było nie lada wyzwaniem, ale na pewno wartym pokonania 😉

O: Plaża w Unstad jest jednym z wielu miejsc na Lofotach, do którego przyjeżdżają surferzy, żeby łapać fale 🙂

O: Innym „akcentem” charakterystycznym dla Norwegii, który miałyśmy okazję obserwować na szlaku są owce. Owce, owce, jeszcze raz owce. Sheeps everywhere. Małe, duże, czyste, brudne, śpiące, biegające. Do wyboru do koloru. Właściciele takiego stadka wypuszczają je na wolność w okresie letnim, żeby pasły się gdzie im się rzewnie podoba. W jesieni owce są z powrotem zaganiane do zagrody, a ponieważ stada mieszają się na wolności, ich elementem rozpoznawczym jest kolor obróżki.

DSC_1706IMG_1724DSC_1712IMG_1725

O: Widoki zapierały dech w piersiach. Cały czas maszerowałyśmy nad samym brzegiem morza, do którego bardzo stromo schodziły góry. Na dodatek nie mogłyśmy sobie wymarzyć lepszych warunków pogodowych do podziwiania słynnego w Norwegii zjawiska Midnight Sun. Niebo było bez chmurki, czyste niebieściutkie! Midnight Sun można obserwować w okresie dnia polarnego (jesteśmy przecież na kole podbiegunowym!). Zjawisko to polega na tym, że słońce zbliża się o północy do linii horyzontu, ale nie zachodzi za nią. Wisi tak przez chwilę niziutko nad taflą morza i płonie na czerwono, po czym niemalże odbija się w górę, żeby za parę godzin przejść z czerwono-pomarańczowej barwy do rażących, białych promieni oświetlających kolejny dzień an Lofotach.

IMG_1734IMG_1717IMG_1750IMG_1783IMG_1772IMG_1806

A: Do celu dotarłyśmy około godziny 00:30. Byłyśmy wykończone, ale szczęśliwe. Niezmiernie nas uradował zwłaszcza widok Ainy i jej męża, którzy spacerowali w naszą stronę. Chwilę wcześniej chciałam się z nimi skontaktować, ale brak zasięgu uniemożliwił wykonanie połączenia.

A i O: To był cudowny dzień, jeden z najdłuższych i najbardziej intensywnych w naszym życiu. Ale w tamtym momencie marzyłyśmy już tylko o wskoczeniu w śpiwory i jak najszybszym zaśnięciu. Następny dzień miał obfitować w kolejne atrakcje 😉

Bodø – ostatni przystanek w drodze do raju!

A: To był piękny, słoneczny poranek. Podekscytowane ruszyłyśmy żwawym krokiem w kierunku stacji kolejowej. Tego dnia miała nas czekać ponad dziesięciogodzinna podróż pociągiem z Trondheim do Bodø skąd następnego dnia rano miałyśmy polecieć do Leknes. Naładowane ogromną dawką pozytywnej energii dzięki tym ostatnim dniom w Trondheim u ekipy z Wrocławia nie mogłyśmy się doczekać pobytu na Lofotach. Już podczas planowania naszej wyprawy ustaliłyśmy, że Lofotów nie odpuścimy za żadne skarby. Jakoś w kwietniu udało mi się upolować bilety lotnicze w bardzo niskiej cenie, zdecydowałyśmy się skorzystać z okazji i polecieć do Leknes a wracać już autostopem. Jeszcze w Oslo kupiłyśmy bilety na pociąg do Bodø. Podejrzewałyśmy, że dotarcie autostopem z Trondheim do Bodø na czas mogłoby okazać się niezwykle trudne, tym bardziej, że chciałyśmy w większości miejsc spędzić po kilka dni.

A i O: Po dotarciu na stację kolejową i odebraniu naszych plecaków ze skrzynki okazało się, że tego dnia nie odjeżdżają z Trondheim żadne pociągi, zorganizowany został natomiast transport zastępczy w postaci autobusów. Popsuło nam to trochę szyki, nasza podróż zamiast dziesięciu godzin miała potrwać ponad trzynaście… Nie miałyśmy jednak wyboru i zapakowałyśmy się do autobusu.

A: O dziwo podróż minęła nam bardzo szybko, przez większość drogi drzemałyśmy albo podziwiałyśmy przepiękne widoki. Cały czas żałowałyśmy, że nie jedziemy z Lasse w jego „squeacky car” i nie możemy robić postojów na podziwianie krajobrazów i robienie zdjęć. Największe wrażenie zrobił na nas przejazd przez Park Narodowy Saltfjellet-Svartisen. Po prostu musimy tam wrócić, żeby móc na spokojnie nacieszyć się tym miejscem. Podczas jazdy autokarem miałyśmy jedynie krótkie postoje na przystankach, na których wysiadali i wsiadali kolejni pasażerowie. Jednym z nich był kilkuminutowy postój w pobliżu całkiem ładnej rzeki.

IMG_1680

A: Kiedy dotarłyśmy do Bodø czekała nas niemiła niespodzianka. Nasze plecaki wydawały się być jeszcze cięższe, ważyły tonę albo i dwie a przejście chociażby 50 metrów było okupione ogromnym wysiłkiem. Na domiar złego okazało się, że poczekalnia na dworcu kolejowym miała być czynna tylko do godziny 21.00. Nie pozostało nam nic innego jak zaciśnąć zęby i ruszyć w stronę lotniska. Sklorz był bardzo dzielny, mi natomiast chciało się płakać od tych kilogramów. Po jakiś 40 minutach,  w czasie których zrobiłyśmy kilka przerw, udało nam się doczłapać do niedaleko położonej stacji benzynowej. Tam odpoczęłyśmy, naładowałyśmy akumulatory i ruszyłyśmy w kierunku lotniska aby tam przeczekać do rana.

A i O: Lotnisko w Bodø jest naszym zdaniem bardzo przytulnym miejscem, szkoda tylko, że jest nieczynne między godziną 01.00 a 04.00.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Tuż przed godziną 01.00 pracownicy lotniska wyprosili pasażerów na zewnątrz. Już po chwili większość ławek przed wejściem do lotniska była oblegana przez turystów. Również i my sobie jedną upolowałyśmy. Nierealne było zwiedzanie miasta z plecakami, postanowiłyśmy więc, że każda z nas otrzyma 1,5h na spacer po mieście podczas kiedy druga będzie pilnować dobytku. Pierwszą wartę przy bagażach otrzymała Ola. Ja natomiast uzbrojona w aparat ruszyłam na „podbój” miasta. Muszę przyznać, że ta część Bodø, którą udało mi się zobaczyć bardzo mi się spodobała. Zwłaszcza kolorowe domki i port, który przypominał mi port w Nynäshamn, gdzie mieszkam na co dzień. Około 02.30 zamieniłyśmy się z Olą rolami. Muszę przyznać, że te 1,5h minęły bardzo szybko. Zapewne dlatego, że postanowiłam przejrzeć zdjęcia, które udało mi się do tej pory zrobić. Ponieważ było ich dość dużo miałam zajęcie do czasu powrotu Oli.

DSC_1665IMG_1684OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Tuż po godzinie 04.00 byłyśmy z powrotem na lotnisku. Przeszyłyśmy odprawę i czekałyśmy niecierpliwie na lot. Zmęczenie powoli dawało o sobie znać, tej nocy nie zmrużyłyśmy oka. Również poprzednia noc w Trondheim była bardzo krótka. Zaczęłyśmy się zastanawiać jak przeżyjemy ten pierwszy dzień na Lofotach.

A: Nadszedł czas długo oczekiwanego wylotu. Bardzo mnie zdziwiła mała liczba pasażerów, jeśli dobrze pamiętam leciała nas piątka 😉 Ola niemalże skakała z radości na fotelu, ale tylko do czasu – chwilę po starcie zapadła w głęboki sen. Na tyle głęboki, że przegapiła międzylądowanie w Svolvær i lądowanie w Leknes. Musiałam ją budzić 😛

DSC_1670WP_20150713_016DSC_1681

A: Zobaczcie tylko jakie widoki przespał Sklorz! Już za chwilę tam będziemy! Lofoty ❤

DSC_1685

O golasie z USA, powodzi w Otta i trudnościach w dotarciu na czas do Trondheim

A: W poprzednim wpisie wspominałyśmy o Brianie, w którego towarzystwie spędziłyśmy ostatni wieczór w Eplecie. Ale to nie jedyny Amerykanin, jakiego poznałyśmy podczas pobytu w Solvorn. Ponieważ nie do końca wiedziałyśmy gdzie i w jakich warunkach przyjdzie nam spędzić następną noc, postanowiłyśmy skorzystać z okazji i wziąć dłuższy prysznic. Kiedy zniknęłam na jakieś 40 minut Ola była nieźle skonsternowana. I już po chwili mojej opowieści nie mogła powstrzymać śmiechu. Otóż Eplet to mały camping z jednym prysznicem i dwoma toaletami i w żaden poprzedni dzień nie musiałyśmy zbyt długo czekać na swoją kolej. Myślałam, że tak będzie również tego wieczora. Usłyszałam, że ktoś bierze prysznic, zobaczyłam wiszący na haczyku ręcznik, ale ponieważ nie było innych osób przede mną myślałam, że za kilka minut osoba ta będzie gotowa. Nic bardziej mylnego. Na swoją kolej czekałam jakieś 25 minut. Na szczęście czas umiliła mi rozmowa z bardzo sympatycznym Amerykaninem Andy’m. Opowiadał o celu swojej wizyty w Norwegii i zarazem ogromnej pasji czyli spływach kajakowych po rwących rzekach. Widać było, że faktycznie tym żyje. Wspomniał, że przyleciał do Norwegii ze swoim kumplem i polują na interesujące miejsca do spływów. Nagle otworzyły się drzwi od prysznica i naszym oczom ukazał się golusieńki jak go Pan Bóg stworzył koleś wielce zdziwiony naszą obecnością, ale ani odrobinę nią speszony. Jak się okazało to właśnie kumpel, o którym wspominał Andy. Nie wiedział, że jest tylko jeden prysznic stąd jego zupełny brak pośpiechu. Pożegnałam się z chłopakami życząc im udanego pobytu i sama wskoczyłam pod prysznic. Ponieważ był to już nasz ostatni wieczór w Solvorn nie myślałam, że będę miała okazję ich ponownie spotkać. No cóż, jak się później okazało Norwegia jest mała 😉

A i O: Następnego dnia wstałyśmy wcześnie, żeby zdążyć na pierwszy autobus, którym miałyśmy dojechać do Gaupne, a stamtąd łapać dalej stopa w kierunku Trondheim. Autobusów było dwa, nasza krótka podróż była z przesiadką i częściowo bez biletu.

A: Ponieważ Ola już wcześniej wykazała się dobrą komunikacją z kierowcami, również tym razem miała zająć się gadką (czyt. czarowaniem kierowcy). Tak go zagadała, że z wrażenia zapomniała od niego wziąć biletu o czym zorientowała się zaraz po tym jak wysiadłyśmy. Problem polegał na tym, że bilet ten był nam potrzebny w następnym autobusie. Sklorz tak się przejął groźbą płacenia dwa razy za tą samą podróż, że opowiadając o całym zajściu drugiemu kierowcy zrobiła oczy kota ze Shreka i ten nie mógł się oprzeć jej urokowi osobistemu i pozwolił nam jechać bez biletu.

A i O: Po około godzinie dotarłyśmy na miejsce. W przeciągu kilku minut zorientowałyśmy się w okolicy i upatrzyłyśmy naszym zdaniem idealne miejsce do łapania stopa. Zdecydowałyśmy się najpierw zrobić szybkie zakupy, zjeść po kanapce i zaliczyć toaletę. Teraz byłyśmy gotowe na dalszy etap podróży.

A: Obrałyśmy sobie za cel małe miasteczko Otta, gdzie chciałyśmy na dziko przenocować i następnego dnia ruszyć w dalszą podróż. Ponieważ znowu zaczynało padać zaczęłyśmy zaklinać pogodę i nadjeżdżające samochody. Na szczęście nie musiałyśmy zbyt długo czekać. Po około 10 minutach zatrzymało się wypchane po brzegi różnego rodzaju bagażami auto z dwoma kajakami zamocowanymi na dachu. Ola zobaczyła moją minę i zaczęła się śmiać. Za kierownicą auta siedział Andy a na miejscu pasażera  jego kolega golas, na szczęście tym razem całkowicie ubrany 😉 Jak się okazało kolega na imię miał For(r)est. Ola z małym niedowierzaniem zapytała czy tak jak las po angielsku, moim pierwszym skojarzeniem był Forrest Gump (takie małe zboczenie biegaczki :P). Podróż z chłopakami była bardzo ciekawym i zabawnym przeżyciem. Byłyśmy pod wielkim wrażeniem ich ogromnej chęci udzielenia nam pomocy. Mieli bardzo dużo bagaży a mimo to jakimś cudem wyczarowali dla nas trochę miejsca z tyłu. Nie było go wprawdzie zbyt wiele, z Olą prawie w ogóle się nie widziałyśmy i   praktycznie nie mogłyśmy się poruszać ale i tak nam to nie przeszkadzało. No może troszkę wtedy, kiedy po którejś ze stron wyłonił się jakiś wodospad i któraś z nas musiała się nieźle nagimnastykować, żeby móc go zobaczyć 😉

A i O: Nasza podróż z chłopakami trwała kilka godzin, po drodze zrobiliśmy krótki postój na toaletę i obfotografowanie zaledwie małej części Parku Narodowego Jotunheimen czyli w wolnym tłumaczeniu domu olbrzymów. Poczułyśmy na własnej skórze, że tutaj zaczyna się zimno. Chłodniejsze temperatury już będą z paroma wyjątkami towarzyszyć nam praktycznie do końca naszej podróży.

WP_20150707_012#1

DSC_1613

A i O: Z chłopakami rozstałyśmy się w Lom, małym miasteczku ze słynnym kościołem klepkowym i  muzeum górskim (norsk fjellmuseum) położonym nad rzeką Bøvra. Po krótkim spacerze, zrobieniu kilku zdjęć i skromnym posiłku postanowiłyśmy ruszać dalej. Niestety plany popsuł nam deszcz. Postanowiłyśmy wiec przeczekać na stacji benzynowej. No ale ileż można czekać?! Po jakiś 30 minutach stwierdziłyśmy, że nie możemy utknąć w Lom i musimy łapać stopa do Otta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Stojąc tak przy drodze w deszczu z wyciągniętymi rękoma byłyśmy nie lada atrakcją dla lokalnej społeczności. Ludzie w restauracjach przykleili nosy do szyb i obserwowali rozwój sytuacji. Na początku mnie to bawiło, ale po chwili miałam ich już troszkę dość i chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. A tu jak na złość żadne auto się nie zatrzymywało. Na szczęście w końcu zlitował się nad nami bardzo sympatyczny pan wracający z pracy. Jak się okazało mógł nas podwieźć do campingu w Otta. Po drodze zatrzymał się w siedzibie swojego małego przedsiębiorstwa, które prowadził ze wspólnikiem, poopowiadał o swojej rodzinie i życiu w tej części Norwegii. Ponadto pokazał nam dom, w którym urodził się Knut Hamsun, pisarz norweski, laureat Nagrody Nobla, autor między innymi bardzo znanej powieści pt. Głód.

A i O: Nasz towarzysz podróży ostrzegł nas przed powodzią. Kilkudniowe opady deszczu spowodowały znaczne podniesienie poziomu wody w rzece i meteorolodzy nie mieli dobrych prognoz na kolejne dni. Po drodze mijaliśmy zalane pola, kiedy dotarłyśmy na miejsce i zobaczyłyśmy położony tuż nad wodą camping bez chwili zawahania zdecydowałyśmy, że tej nocy śpimy jak najdalej od wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Ponieważ Ola zajmowała się czarowaniem kierowców, do moich „obowiązków” należało negocjowanie cen noclegów. W Otta znowu nam się poszczęściło i trafiłyśmy na bardzo miłą panią, która wynajęła nam cały domek za 150 nok za osobę, normalna cena to 300 nok od osoby, wiec skakałyśmy z radości.

A i O: Po krótkim odpoczynku i ciepłym posiłku postanowiłyśmy zwiedzić okolicę i rozpoznać się w terenie jeśli chodzi o odpowiednie miejsce do łapania stopa.

A: Tuż przed wyjazdem do Norwegii zleciłam Oli przygotowanie playlisty specjalnie na naszą wyprawę, której mogłyśmy słuchać w trybie offline. Tak naprawdę dopiero w Otta po nią sięgnęłyśmy. Przez większość pobytu w Otta nuciłyśmy utwór Hold back the river w wykonaniu Jamesa Bay’a,  zapewne ze względu na tą całą powódź.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Tej nocy spałyśmy jak zabite. Następnego dnia pogoda w dalszym ciągu nie rozpieszczała, było bardzo pochmurnie ale na szczęście nie padało. Postanowiłyśmy łapać stopa na stacji benzynowej, byłyśmy wypoczęte i pełne optymizmu. Liczyłyśmy, że wieczorem dotrzemy do Trondheim. Miałyśmy już załatwiony nocleg na najbliższe trzy noce u grupy Polaków z couchsurfingu i ustaliłyśmy z nimi, że pojawimy się jeszcze tego samego dnia. Los chciał jednak inaczej…

A: Na tej stacji benzynowej spędziłyśmy z małą przerwą uwaga prawie 8h! W tym czasie mijało nas sporo samochodów, niektóre kilkakrotnie, ale nikt zdawał się nie wykazać chęci do podwiezienia nas chociażby kilku kilometrów. Ola zaczęła już rozpoznawać auta mieszkańców Otta. Wpadł jej w oko zwłaszcza jeden kierowca o całkiem potężnej postawie, oryginalnym wąsie i w pasiastej koszulce, który przejeżdżał przez stacje trzykrotnie. Za pierwszym razem jego twarz nie wyrażała raczej pozytywnych emocji, za drugim miał już łagodniejsze spojrzenie, natomiast kiedy mijał nas po raz trzeci szeroko się uśmiechał i do nas pomachał.

Podczas takiego kilkugodzinnego czekania można wpaść na wiele ciekawych pomysłów. Początkowo optymizm nas nie opuszczał i próbowałyśmy sobie wytłumaczyć, że nie możemy mieć przecież nieustannie tylko szczęścia. Czasami musi coś być bardziej pod górkę. W żartach zaplanowałyśmy stworzenie pierwszej autostopowej gry planszowej, w której jeśli gracz trafi do Otta to ma przekichane. Kto wie, być może kiedyś opatentujemy nasz pomysł 😉

A i O: W ciągu tych 8 godzin nasza cierpliwość została wystawiona na próbę, powoli zaczynałyśmy tracić nie tylko dobry humor, ale przede wszystkim nadzieję, że uda nam się wydostać autostopem z Otta. Do tego spotkałyśmy inną parę autostopowiczów, tym razem z Meksyku i Finlandii, którzy również nie mieli szczęścia. Oni zdecydowali się próbować w innym miejscu. My podjęłyśmy decyzję o pozostaniu na stacji. Zaklinałyśmy Otta, w okół nie było innych strategicznie lepszych miejsc do łapania stopa. Z tego wszystkiego zaczęłyśmy się zastanawiać nad kapitulacją i kupnem biletu na pociąg. Kiedy już miałyśmy się zbierać na wieczorny pociąg podszedł do nas sympatycznie wyglądający pan, który zdecydował się nas podrzucić do oddalonego jakieś 40km od Otta miasteczka Dombås. Pomyślałyśmy: Nareszcie coś się ruszyło! Kiedy już dotarliśmy na miejsce, pokazał nam kilka miejsc, w którym jego zdaniem mogłyśmy kontynuować łapanie stopa. Problem polegał na tym, że było już dosyć późno i coraz chłodniej a samochody ani myślały się zatrzymać. Zmęczone i trochę przybite postanowiłyśmy przeczekać na stacji kolejowej do rana i pojechać pierwszym pociągiem do Trondheim. Miałyśmy nadzieję, że udało nam się zaoszczędzić trochę nok na bilecie, jak się jednak okazało cena biletu z Otta do Trondheim była dokładnie taka sama jak z Dombås do Trondheim :/

A: Dużym plusem Dombås była czynna całodobowo poczekalnia, w której dodatkowo było bardzo ciepło. Przedrzemałyśmy te kilka godzin w towarzystwie pewnego Azjaty, który był bardzo letnio ubrany. Nam od samego patrzenia na niego robiło się zimno. Krótko przed godziną 5.00 wsiadłyśmy do pociągu do Trondheim. Większość część podróży przespałyśmy a szkoda, bo pewnie po drodze ominęło nas dużo ładnych widoków.

„There are a lot of good people around” – Bergen!

A: Za nic w świecie nie pomyślałabym, że można tak się wyspać w pomieszczeniu, w którym śpi 31(!) innych osób. Zawsze przecież w takiej grupie znajdzie się ktoś kto chrapie, mówi przez sen, rozmawia z sąsiadami itp., itd. A tu proszę – w hostelu Intermission zweryfikowałam swoje zdanie. Ok, prawdą jest, że byłyśmy wykończone zarówno podróżą, jak i intensywnym zwiedzaniem miasta i dosłownie padłyśmy ze zmęczenia poprzedniego wieczoru, ale to dzięki atmosferze hostelu i ludziom, którzy respektowali potrzeby innych mogłyśmy spać w najlepsze i wstać jak nowo narodzone tego pięknego, słonecznego i  bardzo ciepłego poranka. Dzień zapowiadał się cudownie. Po skromnym śniadaniu i całkiem dobrej kawie postanowiłyśmy wybrać się na kilkugodzinny spacer. Ola była wniebowzięta, ponieważ udało jej się naprawić klamrę od plecaka, jak się okazało na tyle skutecznie, że nie miała z nią problemu do końca naszej wyprawy.

A i O: Już poprzedniego dnia miasto zrobiło na nas obu duże wrażenie, ale w piękny, słoneczny dzień aparaty były w użyciu niemal przez cały czas. Jak już wspomniałyśmy w wcześniejszym poście, Bergen pełne jest ciekawych murali. Jako turysta trzeba być niezwykle czujnym i mieć oczy dookoła głowy żeby niczego nie przeoczyć co nie jest łatwym zadaniem.

A: Zachęcone opowieściami poznanej w Jørpeland Luisy postanowiłyśmy udać się na wzgórze Fløyen (320 m n.p.m.). Miałyśmy dwie możliwości – albo wsiadamy w kolejkę i po kilku minutach jazdy w pełnym turystów wagoniku jesteśmy na miejscu, albo decydujemy się na dłuższy i zapewne bardziej wyczerpujący spacer. Jak to bywa w słoneczne dni, byłyśmy ze Sklorzem niezwykle zgodne i ruszyłyśmy żwawo naprzód. Widoki były faktycznie imponujące, z Fløyen widać panoramę całego miasta, jednak na szczycie czułyśmy niedosyt. Że jak, to już?! I co teraz?! Postanowiłyśmy kontynuować wyprawę i zapuścić się dalej. Chciałyśmy w ten sposób „zgubić” tłumy innych turystów.  Zdecydowałyśmy się udać w kierunku jeziora Storediket i dotarłyśmy na drugie pod względem wysokości wzgórze Rundemanen (568 m n.p.m.).

A: Wszyscy, którzy znają Olę, wiedzą o jej ciekawości świata, niezwykłej otwartości i zamiłowaniu do fauny i flory. Nie zdziwi zapewne nikogo fakt, że Ola jak tylko zobaczyła białe, słodkie owce ruszyła w pogoń za nimi. Mam tutaj na myśli dosłowną pogoń – nie zważając na przeciwności losu w postaci mini bagien i błota rzuciła się w ich kierunku z zamiarem zrobienia fantastycznych zdjęć. Jak to zazwyczaj bywa w duetach, druga strona często cierpi z powodu nieprzemyślanego, spontanicznego zachowania jednostki. Tak również było i w naszym przypadku – miałam bardzo bliskie spotkanie z uciekającymi przed Sklorzem owieczkami.

DSC_1358

A i O: Po powrocie do centrum miasta byłyśmy głodne i wykończone. Priorytetem numer jeden było teraz znalezienie jakiejś dobrej restauracji w miarę rozsądnej cenie. Jak się okazało, zadanie to nie należało do najłatwiejszych. Krążyłyśmy po centrum przez blisko godzinę w poszukiwaniu restauracji serwującej wegetariańskie potrawy. Na szczęście w końcu nam się udało i mogłyśmy zjeść smaczny posiłek i odpocząć przed dalszym zwiedzaniem. Po posiłku chciałyśmy jeszcze chwilę pochodzić po hanzeatyckiej dzielnicy Bryggen.

A: Ten kilkugodzinny spacer był niezwykle wyczerpujący, zarówno dla nas jak i dla naszych aparatów. Ola zdołała niemalże zapełnić całą kartę i stanęła przed problemem pt. jak i gdzie przekopiować zdjęcia na pendrive. W hostelu przykuł jej uwagę pewien chłopak a właściwie jego laptop. Dłużej się nie zastanawiając postanowiła zagadać i poprosić o pomoc. Chłopak okazał się być niezwykle wyluzowanym Nowozelandczykiem, który właśnie wybierał się na imprezę ze swoimi znajomymi, ale tak bardzo chciał nam pomóc, że zostawił nam swojego laptopa i ruszył w miasto. Żałujcie, że nie widzieliście naszych min. Ludzie naprawdę potrafią zaskakiwać. Widać dobrze nam patrzyło z oczu 😉 Takim oto sposobem tej nocy Ola spała z nieswoim laptopem pod poduszką.

Kolejną osobą, o której warto wspomnieć jest zagubiony chłopak, o którym pisałyśmy  w poprzednim poście. Jak się okazało to Niemiec o niezwykle ciekawym imieniu Eik. Z jego osobą wiąże się inna śmieszna historia. Na Eika wpadałyśmy niemal cały czas, pierwszego dnia sprawiał wrażenie zagubionego i nieśmiałego. Drugiego dnia zmieniłyśmy nasze zdanie o nim. Najpierw zapoznał się z Olą. Wychodząc z toalety usłyszałam fragment ich rozmowy, podczas której Eik poprosił Olę o pożyczenie od niej żelu pod prysznic. Był troszkę speszony faktem nieposiadania własnego, ale dla Sklorza to żaden problem pomóc bliźniemu, zapewniła go, że ma się nie przejmować i pośpiesznie podała mu swoją buteleczkę. Całe to wydarzenie było przyczyną niezwykle śmiesznej i kompromitującej dla jeden z nas rozmowy, która miała miejsce tego samego wieczoru. Podczas gotowania kolacji w hostelowej kuchni zagadałam Olę o Eika:

  • A: Jak rozmowa z Eikiem? Fajnie się gadało?
  • O: Hm, a spoko. Myłam mu nogi.
  • A: (mina nie do oddania słowami, ale coś w stylu zbulwersowanie roku) Że co?! Jak to myłaś mu nogi?!
  • O: (reakcja bezcenna i zdziwienie wersja hard) Co?! Powiedział mi, że bolą go nogi.
  • A: (zmieszanie i burak na twarzy) Aha, przesłyszałam się…
  • A i O: (niekontrolowany wybuch śmiechu trwający dobrych kilka minut)

A: Oczywiście ponieważ za każdym razem jak Eik pojawiał się w pobliżu, nie mogłyśmy opanować śmiechu, musiałam mu opowiedzieć o całej sytuacji. W sumie zrobiłam dobry uczynek, kolejna osoba przedłużyła swoje życie ćwicząc przy tym mięśnie brzucha. Jak przecież ogólnie wiadomo, śmiech to samo zdrowie. Cała ta sytuacja na pewno przyczyniła się do złapania lepszego kontaktu z Eikiem, którego obie z Olą bardzo polubiłyśmy.

A i O: Pobyt w Bergen był bardzo udany, spotkałyśmy wielu otwartych i niezwykle pozytywnych ludzi. Ponadto nie mogłyśmy sobie wymarzyć lepszej pogody do zwiedzania. A pomyśleć, że jeszcze w Oslo skreśliłyśmy Bergen z naszej listy. Całe szczęście Paweł, Rafał i Luisa, z którymi spędziłyśmy kilka dni w Jørpeland, przekonali nas, że musimy tu dotrzeć. I chwała im za to!

A: Zakochałam się w tym mieście do tego stopnia, że chciałam tu zostać przynajmniej jeszcze jeden dzień. Na szczęście Ola przekonała mnie, że (nie)stety musimy ruszać dalej, inaczej możemy nie wyrobić się z dotarciem do innych miejsc z naszej listy. Z perspektywy czasu jestem jej bardzo wdzięczna za podjęcie męskiej decyzji o wyruszeniu w dalszą drogę. Gdyby nie ona nie spotkałybyśmy Lasse, o którym będzie następny wpis.