Lofoten – day 6, Svolvaer

A i O: Tego dnia wstałyśmy o przyzwoitej porze, dlatego pomogłyśmy Ainie przygotować śniadanie dla wszystkich domowników. Pogoda była bardzo ładna, więc nakryliśmy stół na podwórku, gdzie zjedliśmy nasze ostatnie wspólne śniadanie. Być może dlatego słodki serek domwej roboty, dżem truskawkowy, czy chleb, których smak pamiętamy do dziś, smakowały wtedy jeszcze lepiej i intensywniej niż wcześniej. Chyba wszyscy odczuwali lekki smutek z powodu nadchodzącego rozstania. Posiłek upłynął nam przy zapachu kawy, w dobrych humorach, ale z nutką nostalgii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O: Chyba już nie spałam i wyczułam, że Wnukowa poluje na mnie z aparatem 😀

A i O: Po jedzeniu miałyśmy szybką akcję „PRANIE”. Szybką, ponieważ Aina przejęła się tym, że mamy coraz mniej czasu na zwiedzanie Lofotów i zarządzili z synem wycieczkę do Svolvaer – największego miasta na wyspach. No dobra. Uporałyśmy się z brudnymi ciuchami, wykorzystałyśmy słońce oraz lekki wiatr i wywiesiłyśmy mokre ubrania na zewnątrz, po czym zapakowałyśmy się do samochodu z Ainą, Per Andersem, a także Bellą i wyruszyliśmy na wycieczkę.

A i O: Svolvaer leży na wyspie Austvagoya. W drodze do tej miejscowości musieliśmy przejechać przez wyspę Gimsoya. Tam Aina i Per Anders pokazali nam instalację z luster, w których odbijały się pasma górskie. Niestety nie pamiętamy imienia i nazwiska artysty, a szkoda, bo bardzo nam się podobał i pomysł i wykonanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2143

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Oprócz ładnych plaż i długaśnych mostów, wyspa Gimsoya wraz ze swoimi górami jest popularnym miejscem dla wspinaczy.

A i O: Svolvaer już na pierwszy rzut oka wygląda na największe miasto Lofotów. Właśnie tam w ciągu roku zatrzymuje się najwięcej turystów, dlatego dookoła znajduje się mnóstwo sklepików z pamiątkami, apartamentów i hosteli, a także restauracje z regionalnymi potrawami. Szczerze mówiąc, w celu zjedzenia obiadu lub znalezienia noclegu, polecamy przejechać się te kilkadziesiąt kilometrów na wschód, a najlepiej na zachód na kolejną wyspę. Mniejsze miejscowości są równie urokliwe i równocześnie o wiele tańsze. Przy okazji podczas podróży można podziwiać na prawdę piękne widoki, które na długo zapadają w pamięć 🙂

A i O: Przechadzając się przez Svolvaer przyjrzałyśmy się tamtejszemu portowi i obkupiłyśmy się kartkami pocztowymi, które wysłałyśmy potem w świat. Trafiłyśmy także na targ, gdzie można było zakupić różne rodzaje mięs (z łosia, wieloryba, niedźwiedzia, renifera, czy jaka) oraz ryb. Tym razem spacer odbył się w spokojnym tempie. Dużo rozmawiałyśmy z Ainą i Per Andersem, po czym wróciliśmy do Liland.

IMG_2169IMG_2165IMG_2157

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2181

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P7182245.JPG

O: O, w takim apartamencie będzie mieszkała Wnukowa jak już będzie bogata i zrobi patent żeglarski 😛

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Tej nocy znowu miałyśmy spać w domu naszych wspaniałych gospodarzy, dlatego Per Anders pomógł nam zwinąć namiot i zanieść rzeczy do domu.

O: Po powrocie ze Svolvaer byliśmy umówieni w trójkę na bieganie z Bellą, ale pogoda zaczęła się psuć i stchórzyłam 🙂 Poza tym, doszłam do wniosku, że byłabym piątym kołem u wozu dla takich wytrawnych biegaczy jak Alicja i Per Anders, dlatego zostałam w domu z Shirą. Kiedy czas upływał nam na leniwej zabawie, Alicja wyciskała z siebie siódme poty, a potem… to z jej ciuchów trzeba było wyciskać wodę strumieniami 😀 Biedaków dopadł taki deszcz, że wrócili cali przemoczeni! A chlupoczące adidasy Alicji poruszyły całą rodzinę z Liland, która postanowiła za wszelką cenę wysuszyć je jeszcze przed naszym wyjazdem 🙂 Tak oto dzielny Jimmy podjął się tego zadania i doglądał Wnukowych butów, aby wyszły z tego wszystkiego suche. I udało się. Następnego dnia, tuż przed naszym pożegnaniem Jimmy przyniósł Alicji suchusieńkie adidasy, w których mogła przemierzać kolejne kilometry.

A i O: Na szczęście dla dzielnych biegaczy i leniwego Sklorza czekała nagroda 😀 Czyż to nie jest trochę niesprawiedliwe? Jimmy (bohater tego dnia 😀 )poczuł się w obowiązku zrewanżować się za wczorajszy „polski obiad” i zaprosił wszystkich na wystawną kolację u siebie w domu. Było tak pysznie i przytulnie, że nie mogłyśmy się nacieszyć 🙂 Na dodatek oprócz mięsnej lazanii, przygotował również wersję wegetariańską i deser i kawę!

O: Jedzenie było tak pyszne, a dookoła dało się wyczuć tak domową atmosferę, że zjadłam więcej niż powinnam. A potem jak tak sobie siedziałam i cierpiałam za obżarstwo, to oczy nadal jadły 😀 Tym razem lenistwo nie trwało jednak długo, ponieważ dzieciaki bardzo szybko wyciągnęły mnie i Alicję na podwórko, żeby… poskakać na trampolinie… Nie dałam się namówić, bo miałoby to zły finał, ale znaleźliśmy złoty środek wspólnej zabawy i mogłam pozostać poza niebezpieczną trampoliną 😀

DSC_1893DSC_1896

A i O: Po zabawie mogłyśmy nareszcie usiąść w salonie pozostałą częścią rodziny. Monja i Jimmy wyciągnęli albumy ze zdjęciami. Usłyszałyśmy wiele opowieści. Dużo się przy tym śmialiśmy i w ogóle panowała super ciepła atmosfera. Kiedy dotarliśmy do fotografii upamiętniających ślub Monji i Jimmiego zobaczyłyśmy, że pani młoda wcale nie ma na sobie białej sukni, a pan młody garnituru, ale oboje noszą tradycyjne szaty wikingów. Zaczęłyśmy drążyć temat, bo bardzo nas to zainteresowało. Jak się okazało Monja i Jimmy sami szyją wikingowe stroje dbając o najdrobniejsze szczegóły. Te ze ślubu rónież wykonali sami. Bardzo chciałyśmy zobaczyć je na żywo i nie musiałyśmy długo prosić 🙂 Monja bardzo chętnie pokazała nam nie tylko ostroje ze ślubu, ale również inne jakie udało jej się do tej pory uszyć. Oprócz sukien i tradycyjnych spodni, czy koszul, w kolekcji znajdowały się paski, torebki, brosze. No cuda! A jak pozwolili nam ubrać to wszystko! Wtedy dopiero byłyśmy w siódmym niebie 😀

IMG_2184

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_2183

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Omnom nom nom nom. Jedzenie! 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC_1900

O: Jak widać na załączonym obrazku, śmiechu było co nie miara 🙂 Czas upływał nam w bardzo rodzinnej atmosferze, niezwykle przyjemnie i niestety szybko. Kiedy nadszedł wieczór Boss z Ainą pożegnali nas wszystkich ciepło i udali się parę kroków dalej do swojego domu, żeby odpocząć przed kolejnym pracowitym dniem na farmie.

A i O: Z kolei Jimmy zawiózł nas i Per Andersa na doroczną potańcówkę do sąsiedniej miejscowości). Na miejscu zastałyśmy parę domów rozsianych pomiędzy pagórkami oraz jeden, nieco większy budynek od pozostałych. Tak, tak. To w nim odbywała się zabawa 🙂 Sceneria jaka rozgrywała się na zewnątrz zapadła nam dość mocno w pamięci. Nieopodal znajdowało się ogromne, ciche jezioro, którego tafla wody odbijała masywy górskie z lustrzaną dokładnością. Oprócz tego, niebo przybrało różowo, pomarańczowo fioletowe barwy przez zachodzące słońce. Ludzie pili piwo i rozmawiali przed wejściem. Kiedy przebiłyśmy się przez ten tłumek i weszłyśmy do środka zobaczyłyśmy zespół przygrywający muzykę na podwyższonej scenie i ludzi tańczących na parkiecie. Uczestnicy zabawy byli w przeróżnym wieku. Między nogami pałętały się dzieci, po kątach ukrywały się nastolatki. Przy stołach siedzieli ludzie w wieku naszych rodziców, a także znalazło się paru staruszków 🙂 W powietrzu dało się wyczuć biesiadną atmosferę, ale ilość ludzi, którzy przyszli się zabawić wskazywała na to, że impreza ta jest lubianą rozrywką w Unstad 🙂 Stoliki były pełne! Na szczęście miałyśmy ze sobą Per Andersa, który zobaczył swoich znajomych. Nagle wyczarowało się dla nas miejsce i mogliśmy usiąść.

A i O: Trochę się wstydziłyśmy tańczyć, więc wybrałyśmy rozmowę przy piwie.

O: Niestety muzyka i bawiący się ludzie robili tyle hałasu, że zupełnie nie słyszałam o czym gadają sobie Per Anders i Alicja, więc po pewnym czasie zrezygnowałam z zapuszczania żurawia między ich głowy i znalazłam sobie inne towarzystwo 😀 A był to wielki mężczyzna z bujną brodą jak na marynarza przystało! No, rybaka. Rybacy też mają gęste brody, a ten pan był akurat wielorybnikiem. Niestety nie pamiętam jak miał na imię. Ale fantastycznie nam się rozmawiało i bardzo miło upłynął mi czas w jego towarzystwie 🙂

A i O: Koło 2:00 w nocy (w sumie było widno jak za dnia, ale niech będzie, że o 2:0o w nocy) przyjechał po nas Jimmy i zabrał z powrotem do domu. Cichutko ułożyłyśmy się do snu na materacach i starałyśmy się zasnąć nie myśląc o tym, że jutro wyjeżdżamy z tego raju.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s