Lofoten, day 5- polska uczta w Liland

A: To była pierwsza od prawie tygodnia noc spędzona w łóżku a nie w namiocie. Zasnęłyśmy momentalnie i po raz kolejny spałyśmy dłużej niż planowałyśmy. Kiedy się obudziłyśmy okazało się, że było już po 10.00. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że dzień polarny kojarzy nam się paradoksalnie z długim spaniem.

A i O: Byłyśmy bardzo wdzięczne Ainie i Bossowi za troskę i jeszcze większą gościnę. Już od pierwszej chwili na ich farmie poczułyśmy się jak część rodziny, a poprzedni dzień tylko spotęgował to uczucie.

A: Po porannej toalecie udałyśmy się na górę do kuchni, gdzie Aina czekała na nas z kawą i śniadaniem. Podczas gdy my zajadałyśmy się przygotowanymi przez nią smakołykami, Aina opowiadała nam plan dnia. Otóż najpierw miałyśmy się wybrać z nią, Johanem i psami na kilkugodzinny spacer a później będziemy mogły w spokoju przygotować polskie danie na które zaprosiłyśmy ją poprzedniego dnia. Aina nieśmiało zapytała czy może zaprosić Monję z mężem i dziećmi oraz swojego syna. Nasza odpowiedź: jasne! I tym oto sposobem już za kilka godzin będziemy szykować kolację dla 11 osób!

A i O: Pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała. Było chłodno, bardzo wietrznie i momentami deszczowo. Ale jak to się mówi w Skandynawii: „nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”.

A: Około godziny 12.00 dojechaliśmy do plaży Haukland, zostawiliśmy auto na parkingu i wyruszyliśmy w kierunku Uttakleiv. Aina i Johan umijali nam czas rozmową.

IMG_2070IMG_2075IMG_2078IMG_2079OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O: Jak widać na załączonym obrazku, dobrze dostosowałam ubiór do warunków pogodowych 😀 Fason i rozmiar co prawda trochę nie leżą, ale najważniejsze to pozostać suchym!

IMG_2088IMG_2099IMG_2103IMG_2110

A: Po powrocie do domu Aina udała się na drzemkę a my pomaszerowałyśmy do sklepu po wszystkie składniki na kolację. Ponieważ nasi gospodarze chcieli zasmakować jakiegoś polskiego specjału, Ola wpadła na pomysł, że zrobimy pierogi. Początkowo miały to być ruskie, ale w Norwegii nie można kupić białego sera, zdecydowałyśmy się więc zrobić pierogi ze szpinakiem i serem feta. Ulepienie pierogów dla 11 osób było zajęciem na większą część popołudnia. Miałyśmy przy tym całkiem spory ubaw, nie często zdarza nam się gotować obiad dla 11 Norwegów 😉

DSC_1865

Ola w akcji:

I nasza wierna towarzyszka Bella:

DSC_1871

A: Pewnie zauważyliście, że męża Ainy nazywamy Bossem, tak utarło się już od pierwszego dnia i zostało aż do samego końca naszego pobytu. Po części wynikało to z żartu już podczas pierwszej rozmowy, po części z ogromnej trudności w wyłapaniu jego prawdziwego imienia. Aina wielokrotnie o nim mówiła, ale za nic w świecie nie mogłyśmy zapamiętać jak nazywała Bossa. Po tych kilku dniach głupio nam było się po prostu zapytać, ale postawiłyśmy sobie za punkt honoru, że musimy się nauczyć jego imienia i od samego rana wytężałyśmy słuch. Zwłaszcza Ola. Podczas lepienia pierogów odparła dumnie, że nareszcie wie jak Boss się nazywa. Była taka z siebie zadowolona oznajmiając, że prawdziwe imię Bossa to po prostu Fenomen. Moją reakcją był kilkuminutowy atak śmiechu i odpowiedź, że Sklorz sama jest fenomenem. Jak się za kilka godzin okaże imię Bossa to Per Normann a Aina je po prostu wymawiała w taki sposób, że dla Sklorza brzmiało to jak Fenomen 😉

Boss usłyszał tą anegdotę kilka miesięcy później podczas innej kolacji, tym razem w Sztokholmie i chyba od tamtej pory darzy Olę jeszcze większą sympatią 😉

A i O: Wow, udało się! Brzuchy napełnione, wszyscy zadowoleni, my dowartościowane. Tylu pochwał naraz nie słyszałyśmy chyba nigdy. Wszystkim bardzo smakowało i sięgali po dokładkę. Ponad 100 pierogów zniknęło w bardzo krótkim czasie 😉

11047603_10152983824876129_128585475070068471_n

A i O: To była udana kolacja w doborowym towarzystwie. Dowiedziałyśmy się jeszcze więcej o tej cudownej rodzince, np. że Boss w młodości był bardzo dobrze zapowiadającym się skoczkiem narciarskim i odnosił sukcesy na zawodach krajowych. Niestety kontuzja kolana wykluczyła go z dalszego skakania. Aina i Boss pokazali nam też puchar, który otrzymali od ich pracodawcy – firmy Tine – za 15 lat współpracy i dostarczanie wysokiej jakości mleka. Poniżej wklejamy link do lokalnej gazety Lofotenposten i artykułu poświęconego Ainie i Per Normannowi:

http://www.lofotposten.no/lokale-nyheter/hedret-med-solvtine/s/1-71-7312389

O: To był fajny dzień. Po obiedzie siedzieliśmy wszyscy w salonie i rozmawialiśmy trochę po angielsku, trochę po norwesku i odrobinę po szwedzku. Wieczorem dołączyli do nas znajomi Per Andersa. Dzięki nim zrodził się pomysł, żeby następnego dnia zabrać nas na doroczną potańcówkę do Unstad. Wszyscy wtajemniczeni w charakter tego wydarzenia zanosili się śmiechem i zgodnie uznali, że to ważna i charakterystyczna część kulturalna na ich wyspie, dlatego warto nam to pokazać. Per Anders zadeklarował się nam towarzyszyć, ale o tym w kolejnym poście.

 

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Lofoten, day 5- polska uczta w Liland

      1. No iiiii… tak na prawdę nie sądziłyśmy, że nasz obiad będzie się cieszył aż takim zainteresowaniem 😀

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s