Lofoten, day 4 – Å, Reine

A i O: Nasz pobyt na Lofotach można opisać jako niezwykle intensywny, chociaż nie brakowało w nim także dłuższych chwil lenistwa, popołudniowych drzemek, itp. Chciałyśmy jednak jak najlepiej wykorzystać ten czas, dlatego postanowiłyśmy już dzień wcześniej, że koniec ze spaniem do godziny 10-11, musimy kuć żelazo póki gorące i kolejnego dnia miałyśmy się zerwać najpóźniej o godzinie 8.00. Czwartek zarezerwowany był na zwiedzanie Å i Reine.

A: Nie jestem fanką wstawania skoro świt, w dodatku w Liland spało nam się cudownie jednak tego dnia obudziłam się jeszcze przed budzikiem, zerknęłam na Olę, która powitała mnie szerokim uśmiechem. To będzie udany dzień!

A i O: Otworzyłyśmy namiot, wychyliłyśmy nasze rozczochrane głowy i po 10 sekundach stwierdziłyśmy, że pogoda raczej nas dzisiaj nie rozpieści. Za „oknem” było pochmurnie i chłodno, nadszedł więc czas na wyciągnięcie kurtek zimowych. Poczłapałyśmy do domu, Aina wróciła właśnie z porannego dojenia krów, nie kryła zdziwienia z faktu, że nie było jeszcze godziny 8.00 a my już na nogach. Po doświadczeniach dwóch poprzednich dni miała nas raczej za ogromne śpiochy 😉

A: Poranna toaleta, pożywna owsianka na śniadanie i nadszedł czas na wyruszenie w drogę. Obrałyśmy nasz pierwszy cel – pobliski sklep i to nie po to, aby uzupełnić prowiant, ale zdobyć karton. Poprzedniego dnia musiałyśmy pisać nazwy miejscowości na pojedyńczych kartkach, których utrzymanie w ręku przy wietrznej pogodzie było sporym wyzwaniem. Przekroczyłyśmy próg sklepu, uśmiechnęłyśmy się do personelu, pokrążyłyśmy trochę między półkami w celu zebrania odwagi do zagadania sprzedawcy o karton. Podczas tego krążenia ludzie z zaciekawieniem nam się przyglądali, zwłaszcza młody kasjer, który przy tym bardzo szeroko się uśmiechał, wręcz rzekłabym, że się z nas podśmiewywał i wprost nie mógł od nas odwrócić wzroku. Trochę zmieszana spytałam niemniej zmieszaną Olę: „Sklorz, czy Ty go znasz?!” Na moje pytanie usłyszałam następującą odpowiedź: „A niby skąd mam go znać, skoro też jestem tutaj pierwszy raz?!” Fakt, nie popisałam się 😉 Kasjer uśmiechnął się jeszcze szerzej (a jeszcze przed chwilą mogłabym się założyć, że już się nie da) kiedy usłyszał nasze pytanie o karton. Był bardzo uradowany faktem, że może nam pomóc i już po chwili opuściłyśmy sklep z naszą zdobyczą. Jak się później okazało (podczas wieczornej rozmowy z Ainą i Bossem) kasjer to kuzyn naszych gospodarzy i doskonale wiedział kim jesteśmy. Liland to bardzo mała miejscowość a wieść o dwóch autostopowiczkach z Polski bardzo szybko się rozniosła.

A i O: Poczłapałyśmy na pobliski przystanek i przystąpiłyśmy do łapania stopa do malutkiej miejscowości Å na wyspie Moskenesøya.

WP_20150716_001

O: Już po chwili zatrzymał się sympatyczny Norweg, który podwiózł nas kawałek za Leknes. Tam wypowiedziałam poniższe zaklęcie, dzięki któremu zatrzymał się camper z parą starszych Niemców i psem o imieniu Tony. Zabrali nas bezpośrednio do Å. A zaklęcie brzmiało:”co jest nie tak z tymi camperami, że się nie zatrzymują?!”

A: Ja tylko dodam, że zaklęcie zadziałało z taką prędkością, że o mało nie zadławiłam się kawałkiem spożywanej właśnie czekolady. Podróż camperem umilał nam Tony, który okazał się bardzo towarzyskim psiakiem.

WP_20150716_018

A: Jak już wspominałyśmy we wcześniejszych postach każda z wysp na Lofotach ma trochę inny charakter, Moskenesøya jest bardziej surowa niż „nasza” zielona Vestvågøy. Słowo å to po norwesku strumyk, mała rzeczka lub potok, miejscowość okazała się bardzo klimatyczną osadą rybacką z wieloma drewnianymi balami na który wisiały suszące się ryby, przede wszystkim dorsz. Norwegia słynie właśnie z tørrfisk czyli sztokfiszu i to tutaj na Lofotach panują idealne warunki do odpowiedniego suszenia ryb. Kluczowy jest panujący tu klimat.

I jeszcze mała ciekawostka o Å: To tutaj rozpoczyna się europejska trasa E10.

IMG_1971IMG_1973OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1975OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_199212243160_10201125196007322_7583224790773921922_n

A i O: OK, Å jest fajne! Ale czas ruszać dalej. Jedziemy do Reine. I tym razem nie czekałyśmy zbyt długo na następny transport. Kolejna para z psem na naszej drodze, tym razem młodzi Francuzi z psem Junkie odbywający półroczny trip po Europie. Mieli extra samochód, który wprost emanował energią podróżników. Zresztą sami popatrzcie 😉

DSC_1839OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

A i O: Reine ze swoją przepiękną przystanią również nas urzekło.

IMG_2027OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2036IMG_2034OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A: Ponieważ obiecałyśmy Ainie powrót na obiad zaczynał nas trochę gonić czas. Zabrałyśmy się więc żwawo do łapania stopa. Znowu nam dopisało szczęście. Ola chyba na dobre zaczarowała te campery, kolejny kierowca zdecydował się nas podrzucić do domu. Tym razem jechałyśmy luksusowym camperem w towarzystwie Norwega i pary Polaków. Z tą trójką wiąże się bardzo ciekawa historia. Otóż już po kilkuminutowej rozmowie okazało się, że ta para Polaków również podróżowała autostopem i trzy dni wcześniej zatrzymał się camper z tym też Norwegiem za kółkiem i tak sobie już jeżdżą od tych trzech dni i końca ich wspólnej przygody nie widać. Żeby było śmieszniej Norweg to emeryt nieznający angielskiego a podróżujący z nim Polacy nie znają norweskiego. To znaczy w chwili wsiadania do campera nie znali, ale po tych trzech dniach wspólnej jazdy całkiem nieźle sobie radzili. Nie kryłam podziwu dla nich. Trzydniowy intensywny kurs przyniósł pierwsze owoce. Morał z tego taki, że po pierwsze Polak potrafi, po drugie rzucenie się na głęboką wodę przynosi efekty i nie ma co się obawiać nowych wyzwań oraz po trzecie można się nauczyć norweskiego na poziomie komunikatywnym z native speakerem po zaledwie trzech dniach wspólnej podróży camperem. Myślę, że szkoły językowe powinny to opatentować. Hm a może my ze Sklorzem to zrobimy… 😉

Po powrocie do Liland usiadłyśmy wygodnie w kuchni i skonsumowałyśmy przygotowany przez Ainę obiad. Dzień wcześniej podczas rozmowy wyszło, że jeszcze nie miałam okazji skosztować mięsa z wieloryba, Aina postanowiła więc przygotować je dla mnie. Dla Oli, która jest wegetarianką, Aina przygotowała zupę kalafiorową i warzywa. Zrobiło nam się bardzo miło z powodu tej uczty tylko dla nas i chciałyśmy się jakoś zrewanżować. Długo się nie namyślając wypaliłyśmy: „W takim razie jutro my zapraszamy na polskie danie”. Jaki to był specjał, jak nam poszło z gotowaniem i co najważniejsze, jak smakowało naszym gospodarzom przeczytacie w następnym wpisie. Ot, taka mała autoreklama 😉

A i O: Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka. Boss tego dnia specjalnie dla nas szybciej uwinął się z pracą, żeby zrobić nam wycieczkę objazdową po wyspie. Razem z Ainą jeździli z nami przez przeszło 3 h, co chwilę się zatrzymując, żebyśmy mogły zrobić zdjęcia. Pokazali nam między innymi małą wioskę rybacką Ure. Boss zajmował się w młodości połowem wielorybów, jednak kiedy poznał Ainę zrezygnował dla niej z tego dość niebezpiecznego, zwłaszcza w tamtych czasach, zajęcia. Jego wiedza w tym zakresie jest ogromna. Pokazał nam różnego rodzaju statki i wyjaśnił jak łowi się wieloryby.

IMG_2042OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2056OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_2065

A i O: Pogoda pod wieczór znacznie się pogorszyła, było jeszcze zimniej a do tego nieźle się rozpadało. W tej sytuacji Aina i Boss nawet nie chcieli słyszeć o naszym spaniu pod namiotem. Zarządzili (już nawet nie proponowali), że ugoszczą nas w jednym z pokoi na dole. Zasypiałyśmy z uśmiechem na twarzy. To był kolejny cudowny dzień. Ciekawe co czeka nas jutro?! 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s