Lofoten, day 3 – Ramberg, Flakstad

A i O: Poprzedni dzień był bardzo aktywny, ale kolejny – co najmniej tak samo intensywny. Tym razem nie obudził nas upał w namiocie, ale Aina z Ritą 😀 Kochana zaczęła się o nas martwić, ponieważ przygotowała już lunch dla swojego męża, a my nadal nie pojawiłyśmy się w domu w celu odbębnienia porannej toalety. Nasza nieobecność była na tyle niepokojąca, że nieśmiało podeszła pod nasz namiot o godzinie 11:00 i próbowała delikatnie obudzić. Oczywiście udało jej się to, choć nie od razu. W końcu zaczęła wołać: „Hello! Is anybody here?” Na początku nie wiedziałyśmy z Alicją co się dzieje. Wydawało nam się, że słyszymy jakiś głos, ale nie byłyśmy tego pewne. Może to tylko sen? A może jednak jawa? Co jeśli to ktoś inny, kto nie należy do naszej zaprzyjaźnionej rodziny?

A: Kiedy spojrzałam na zegarek, krzyknęłam do Oli, że znowu zaspałyśmy i zbliża się godzina 11.00 choć sama w to nie dowierzałam. Jakim cudem znowu spałyśmy jak zabite kilkanaście godzin?!

A i O: Niezdarnie rozpięłyśmy zamek naszej klapy z namiotu, żeby sprawdzić co się dzieje i kiedy Ainie pokazały się dwie rozczochrane i porażone słońcem głowy, ta zaniosła się swoim donośnym, pogodnym śmiechem. Pełna energii dała nam znak, żebyśmy dołączyły do wszystkich na lunch (dla kogo lunch, dla tego lunch, dla nas na pewno było to śniadanie). Kiedy usłyszałyśmy hasło „jedzenie” momentalnie się rozbudziłyśmy. Ubrałyśmy w pośpiechu buty i doprowadziłyśmy się przynajmniej do podstawowego stanu i wyglądać jak normalni ludzie 😉 Szybciutko przedarłyśmy się przez trawy porastające nasz pagórek i zastałyśmy suto nakryty stolik przed domem naszych gospodarzy, na którym już pachniała kawa i chleb pieczony przez Ainę. Ta skradła nasze serca dżemem truskawkowym domowej roboty i słodkim serkiem, jakiego nigdy dotąd nie miałyśmy okazji próbować i obawiamy się, że nigdy już nie spróbujemy. No, chyba, że znowu odwiedzimy Liland 🙂 Luncho – śniadanie upłynęło nam w wesołej atmosferze.

A i O: Oczywiście nie obyło się bez spraw organizacyjnych. Kolega Per-Andersa z lat szkolnych brał tego dnia ślub na plaży, na który wybierała się również Aina. Ceremonia miała charakter otwarty i nasi gospodarze zdecydowali za nas, że my również musimy w niej uczestniczyć.

A: Kiedy doszło do mnie co nas czeka pojawiła się seria znaków zapytania, pt. w co my się ze Sklorzem ubierzemy. Nie wypada przecież pojechać na ślub w sportowych ciuchach a tak się składało, że w naszych plecakach nie było nic eleganckiego. Aina zapewniała nas, że nie mamy się czym przejmować i ubrać się w cokolwiek. Hm, łatwo powiedzieć… Przed wyjazdem na ślub czekał nas koncert w pobliskim kościele w Borg. Spokojnie, to nie my miałyśmy występować, tylko dwoje utalentowanych muzyków, których Aina bardzo lubi. Planowanie wychodziło Ainie najlepiej, dlatego podążyłyśmy za nią 🙂

O: Kościół i ślub zmotywowały nas do umycia włosów i wygrzebania ostatnich czystych ciuchów z plecaków. Ja podciągnęłam rzęsy tuszem, Alicja się wyperfumowała i byłyśmy gotowe do wyjścia. Jak to mówią: Francja elegancja!

A i O: Koncert w kościele w Borg okazał się powszechną i lubianą rozrywką przez tamtejszych mieszkańców. Oprócz nas pojawili się także Jimmy i Monja ze swoimi dziećmi. Wszyscy odświętnie ubrani i podekscytowani 🙂

A: Już na pierwszy rzut oka widać było, że wszyscy doskonale się znają i stanowią jakby jedną wielką rodzinę. Kiedy przekroczyłyśmy próg kościoła wszystkie twarze były zwrócone w naszą stronę, byłyśmy nie lada rozrywką dla lokalsów. Serdecznie się do nas uśmiechali i coraz to na nas ukradkiem spoglądali. Początkowo byłyśmy lekko skrępowane jednak po chwili oswoiłyśmy się z tym zamieszaniem wokół nas. Do sławy chyba jednak można przywyknąć 😉

A i O: Zaraz po koncercie pojechaliśmy wszyscy na plażę w Unstad na ślub. Kameralny, ale piękny 🙂 Jeszcze nigdy dotąd nie uczestniczyłyśmy w ślubie na plaży. Co prawda pogoda była typowo norweska: niebo zostało zakryte przez gęste, szare chmury, ale nie padało i było stosunkowo ciepło. Znajomi i rodzina młodej pary ustawiła na piasku minimalistyczną, naturalną instalację, która przypominała skromny ołtarzyk. Zaraz obok, Pani tubistka z koncertu z kościoła z Borg ustawiła swój statyw z nutami i zaczęła grać ślubne piosenki. Były takie momenty, że czułyśmy się z Alicją delikatnie nieswojo, ponieważ jak już wspominałyśmy społeczność Vestvagoy jest stosunkowo niewielka i w dużej mierze składa się z licznych rodzin, które przyjaźnią się ze sobą, toteż większość osób zgromadzonych na ślubie wiedziała, że jesteśmy dwiema autostopowiczkami z Polski i mieszkamy na farmie u Ainy. Wieści tam się bardzo szybko roznoszą. Powodowało to, że trochę skupiałyśmy na sobie uwagę gości i chowałyśmy się za plecami Ainy 🙂 Na szczęście bardzo szybko na plaży pojawiła się para młoda i ksiądz, który udzielał ślubu, więc goście zwrócili swoją uwagę na dziewczynę w białej sukience i dumnego chłopaka w garniturze. Wszystko odbywało się w skromnej atmosferze, na plaży otoczonej masywami górskimi. Dźwiękom tuby wtórował szum fal morskich i cichy świst słabego wiatru. W takich oto warunkach, wśród najbliższych osób (oraz dwóch przypadkowych dziewczyn z Polski 😀 ) padło to ważne i szczęśliwe TAK. Wyobrażacie sobie jak magicznie tam było?

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1881IMG_1877IMG_1880IMG_1882OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1878IMG_1896IMG_1894

A i O: Po ceremonii zaślubin Aina zawiozła nas z powrotem na farmę, ponieważ chciałyśmy jeszcze tego samego dnia pojechać autostopem na plaże w Ramberg i we Flakstad. W tym celu musiałyśmy zabrać ze sobą plecak z prowiantem i cieplejszymi ciuchami. W Norwegii nigdy nie wiadomo jaką pogodę zastaniemy za godzinę, a ten dzień należał do tych pochmurnych.

A i O: Plaże w Ramberg i Flakstad znajdują się na wyspie Flakstadoya. Jest ona położona na zachód od Vestvagoy, na której mieszkałyśmy. Wszystkie wyspy archipelagu Lofotów połączone są krajową drogą E10 i właśnie tą trasą przemieszcza się najwięcej mieszkańców i turystów. Odcinek jaki zamierzałyśmy pokonać (Liland – Ramberg) wynosi 40 km. Aina i jej mąż byli odrobinę zaskoczeni, że chcemy jeszcze jeździć autostopem, bo było już po 16:00 i pogoda była kapryśna, dlatego zadeklarowali swoją pomoc gdybyśmy utknęły w jakimś szczerym polu 🙂 My jednak głęboko wierzyłyśmy w to, że nie będziemy musiały ich fatygować.

A i O: Szybciutko złapałyśmy pierwszego stopa, który podrzucił nas do Leknes. Szczerze mówiąc wysiadłyśmy w dość niedogodnym miejscu do kontynuowania naszej podróży, więc przysiadłyśmy na chwilę, żeby obmyślić dalszy plan działania. Kiedy tak siedziałyśmy i rozkminiałyśmy, jak to zrobić, żeby się nie nachodzić i nie nosić za długo ciężkich plecaków, jedna z nas (już nie pamiętam która, ale to przecież nie jest aż tak ważne) zauważyła, że tym razem nasze wielkie plecaki zostały w namiocie i przecież mamy ze sobą tylko malutki, leciutki 35 litrowy plecaczek! Jak ogromna była nasza radość, że możemy iść przed siebie wiele kilometrów i tym razem nie będzie nas ograniczał żaden ciężar 😀 Roześmiałyśmy się tylko, popukałyśmy się w czółka i dziarskim krokiem pomaszerowałyśmy w miejsce, z którego mogłyśmy łapać kolejnego stopa.

DSC_1763DSC_1764

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1903IMG_1906

A i O: Tak sobie maszerowałyśmy wzdłuż drogi E10, która nazywana jest również drogą wikingów (Vikingveien), aż w końcu doczłapałyśmy do przystanku autobusowego. A tam zatrzymał się Pan w starym, czerwonym mercedesie wypełnionym najróżniejszymi parami butów 😀 Wytłumaczył nam, że jest miłośnikiem chodzenia po górach i stara się być przygotowany na każde warunki pogodowe, no ale licząc na oko: 20 par butów w jednym samochodzie?? Na początku myślałyśmy, że jedziemy z wariatem (1 wariat plus 2 wariatki zapowiadają całkiem zgrany team), ale im więcej kilometrów ujechaliśmy tym bardziej nasz kierowca wydał nam się normalny i sympatyczny. Po drodze Pan opowiedział nam o zabytkowym kościele we Flakstad, który miałyśmy w planie zobaczyć. Ta czerwona, drewniana świątynia została wybudowana w 1780 roku w miejscu starego kościoła z XV wieku, który został zniszczony przez burzę. Obecny budynek został złożony z drewna importowanego z Rosji. Również najwyższa wieża przypomina wschodnie wieżyczki.

IMG_1928.JPG

A i O: Pan kierowca podwiózł nas pod samą plażę w Ramberg! Plaża ta słynie z białego piasku i niebieściutkiej wody. Jak najbardziej zgadzamy się z tym, że to piękne miejsce, przestronne, ciche, lekko wyludnione. Niestety szaruga jaka panowała dokoła raczej zamaskowała kolory, które reklamują tę plażę. Mimo to – było pięknie!

DSC_1767-PANOIMG_1914IMG_1913IMG_1919OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1922OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAP7151701.JPG

A i O: Z plaży Ramberg poszłyśmy sobie na piechotkę na plażę Flakstad. Odcinek ten wynosił 5 km, a wzdłuż ciągnęły się suuuuuper widoki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1927IMG_1920OLYMPUS DIGITAL CAMERAindeksindeks2indeks3indeks4

A i O: Jednak to co zobaczyłyśmy we Flakstad przerosło nasze najśmielsze oczekiwania! Malusieńka plaża otoczona gdzieniegdzie lazurową, gdzie indziej przejrzysto – zielonkawą, morską wodą zatrzymała nas na dłuższą chwilę. Tam przechadzałyśmy się w milczeniu  i nie mogłyśmy się napatrzeć na to co przedstawiła nam natura.

DSC_1775-PANOOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1937IMG_1939IMG_1940IMG_1941

A i O: No dobrze. Widoki zapierały dech w piersiach, ale robiło się już późno. Temperatura powietrza i wiatr również nie były dla nas łaskawe, więc postanowiłyśmy wracać. Jako dwie niepoprawne optymistki w ogóle nie przejęłyśmy się totalną pustką na drodze. Powolutku, stopniowo zaczęłyśmy się tym przejmować, kiedy szłyśmy coraz dalej i dłużej oraz kiedy zaczęło nam być coraz bardziej nieznośnie zimno. Najwyraźniej Norwegowie, jako jedni z najkrócej pracujących narodowości na świecie lubią zaszyć się po pracy w domu i po 18:00 nie uraczysz nikogo na drodze. A więc szłyśmy:

IMG_1945

Czasem stałyśmy:

P7151770.JPG

Żeby potem znowu iść:

P7151788(2).jpg

I choć było zimno, to nadal pięknie:

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAIMG_1946IMG_1944IMG_1948IMG_1950IMG_1947

Dotarłyśmy w końću do Mordoru i zaczęłyśmy być lekko zdesperowane, aż tu niespodziewanie…IMG_1951IMG_1949OLYMPUS DIGITAL CAMERADSC_1795

Zatrzymał się fajowski samochód, z jeszcze bardziej fajowym kierowcą!

autoDSC_1796

A i O: Jesteśmy uratowane! Tylko…. jak się wsiada do tego opancerzonego monstrum…??

A: Jak tylko ujrzałam zbliżający się samochód, który zwolnił, krzyknęłam do Oli, że siadam z przodu 😀 To auto to samochód moich marzeń! Jak jeszcze usłyszałam od kierowcy, że można w nim/ z niego „rozbić namiot” postanowiłam, że pewnego pięknego dnia taki samochód będzie mój 😉

A i O: Tom, bo tak ma na imię mężczyzna, który postanowił nam pomóc jest fotografem, podróżnikiem, wolnym duchem. Czasem mieszka w domu, ale większość czasu woli spędzać w swoim samochodzie. W tym celu specjalnie go dostosował do swoich potrzeb. Wewnątrz machiny wygospodarował sobie jak najwięcej miejsca na sprzęt fotograficzny, ewentualne gotowanie w niepogodę, ale najlepsza część jego przenośnego domu znajdowała się na dachu 🙂 Tam bowiem znajduje się łóżko. Tak, tak. Samochód sam w sobie jest bardzo wysoki, ale żeby nie zajmować miejsca w jego wnętrzu, Tom zamontował na samym szczycie posłanie i tropik, chroniący jego legowisko przed deszczem. Szczerze mówiąc, to tysiąckroć lepszy patent od łóżka piętrowego 😀

A i O: Szybciutko poprzesuwał swój sprzęt z tyłu terenówki. Przygotował nam tym samym miejsce do siedzenia i mogliśmy wyruszyć w podróż do domu. Bardzo szybko nawiązaliśmy dobry kontakt, ale nic dziwnego. Tom należy do tych ludzi, którzy noszą w sobie ogromne doświadczenie życiowe, a co za tym idzie ich głowy to istne skarbnice opowieści. Chętnie dzielił się z nami historiami o swoich przygodach, ale także przemyśleniami i filozofią życiową. Zadawał pytania, cierpliwie czekał na nasze odpowiedzi, nie oceniał, bowiem szanuje prawo człowieka do własnej opinii. Rozmowa wręcz płynęła. Nie mogliśmy przestać, a odcinek 30 km okazał się stanowczo za krótki na naszą konwersację. Dojechaliśmy do kluczowego skrzyżowania, gdzie Tom powinien był nas wysadzić, a sam miał jechać do domu. Już tego murowanego, z oknami i dachem z cegły. Na rozdrożu upewnił się jeszcze raz, gdzie mieszkamy i podjął bardzo szybką decyzję: „ZAWIOZĘ WAS POD SAME DRZWI”. I zaśmiał się 🙂 Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy jak dosłowne było to stwierdzenie.  I tak przejechaliśmy prosto przez skrzyżowanie. Kierunek: Liland. Oznaczało to, że Tom nadłoży ponad 100 km drogi, dlatego, że okazaliśmy się być trochę bratnimi i siostrzanymi duszami, więc chce nam pomóc 🙂

A i O: Wtedy też opowiedział nam o swoim projekcie „Tracing Freedom”. W ten sposób udowodnił nam, że jest nie tylko myślicielem, a myślicielem czynu 🙂 Czyli wdraża swoje pomysły w życie. Na przełomie 2008 i 2009 roku Tom postanowił dowiedzieć się CZYM JEST WOLNOŚĆ. W tym celu odpalił swoją wielką terenówkę i wyruszył w podróż z Norwegii do Bangladeszu. Po drodze przejeżdżał przez około 50 krajów (w tym Polskę 🙂 ), rozmawiał z ludźmi o różnych narodowościach, w różnym wieku, innym statusie społecznym. Z kobietami i z mężczyznami. Ze skrzypkiem światowej sławy, laureatem Nagrody Nobla, autorami, aktywistami, z najzwyklejszymi ludźmi z małych wiosek i dużych miast. Z mieszkankami państw, w których kobiety mają mocno ograniczone prawa i niemalże nie powinny rozmawiać z obcymi. W niektórych krajach Tom został pozbawiony paszportu i balansował na granicy z prawem, choć jedynie rozmawiał.

A i O: Podczas tych kilku miesięcy zabierał ze sobą autostopowiczów i spał w różnych miejscach. W takich warunkach sfotografował portrety 170 osób (jedynie jedna fotografia przedstawia dwie osoby – siostry, które nalegały, żeby być sfotografowane razem). Wszystkie czarno białe. W ten sposób Tom zebrał 169 różnych DEFINICJI WOLNOŚCI. Tak też powstał album wieńczący jego podróż, który zawiera zdjęcia, manuskrypty poszczególnych definicji wolności napisane w ojczystym języku osoby, która się wypowiadała oraz tłumaczenie każdego tekstu na język norweski.

DSC_1797

A i O: Każda rozkładówka książki wydaje się być osobistym wyznaniem osoby odpowiadającej na pytanie „czym jest wolność”. Na jednej stronie bowiem znajdują się szczególne portrety mówiących osób, a zaraz obok, na kolejnej stronie manuskrypt z podpisem i tłumaczenie.

A i O: Co tu dużo mówić. Byłyśmy zachwycone. I tak właśnie jechaliśmy sobie: Tom mówił, a my przeglądałyśmy album. W mgnieniu oka dojechaliśmy do Liland i do naszej farmy. Mówiłyśmy już, że Tom zawiózł nas dosłownie pod same drzwi? 😀 Szkoda, że nie widzieliście min Per-Andersa i Ainy, którzy akurat wybierali się na spacer z Bellą 😀 Widok wielkiego, czarnego, terenowego potwora parkującego na środku podwórka nie zdarza się często. W sumie wyglądali na trochę przerażonych. A jak zobaczyli nas obie wysypujące się z pojazdu na trawę, złapali się z niedowierzaniem za głowy 🙂 Szybko jednak się uspokoili, kiedy Tom grzecznie się przywitał i kiedy zobaczyli nasze uchachane twarze 😀

A: Tom był troszkę niepocieszony, że nie mógł nas zawieźć pod same drzwi naszego domu (czyt. namiotu), a jedynie pod dom naszych gospodarzy. W sumie uznał, że dla niego to żaden problem wjechać na nasz pagórek, ale szybko go powstrzymałyśmy od tego szalonego pomysłu. Już i tak zapewnił naszym gospodarzom sporą atrakcję.

A i O: Pożegnaliśmy się szybko i ciepło. Tom jedynie zdążył zapytać Ainę, czy można w pobliżu coś zjeść, bo zgłodniał, a przed nim jeszcze kawałek drogi do domu. Wiemy, że działanie Toma było bezinteresowne, ale wydaje nam się, że mamy kolejny dług wdzięczności do spłacenia 🙂

DSC_1800

A i O: Jeżeli jesteście ciekawi co sam autor ma do powiedzenia o swoich fotografiach, to możecie skorzystać z tego linku: http://tomhatlestad.com/tracing-freedom/. Tom raczej nie umieszcza swoich prac w internecie, ale lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

O: To porzekadło zawsze było dla mnie absurdalne, bo uważam, że wróble są 100 razy fajniejsze od gołębi 😀

A i O: Ledwo wysiadłyśmy z samochodu i już wystartowałyśmy na spacer z Ainą, Bellą i Fridą po okolicznych polach.

DSC_1807

A i O: A po powrocie Aina z mężem zaprosili nas do siebie na kolację. Nareszcie mogliśmy sobie usiąść w ciepłym i przytulnym salonie i odpocząć. Gospodarze domu pokazali nam tego wieczoru zdjęcia całej rodziny! I to nie tylko te aktualne, ale również z lat młodości, a więc było co oglądać i o czym opowiadać. Pokazali nam również nagrodę, którą otrzymali w poprzednim roku od największego koncernu mleczarskiego w całej Norwegii – Tine. Aina i jej mąż sprzedają mleko swoich krów właśnie tej firmie. Ta z kolei przyznaje nagrody gospodarstwom, których mleko utrzymuje się na najwyższym poziomie jakości PRZEZ 10 LAT. My też byłyśmy dumne, kiedy Aina wytłumaczyła nam o co w tym wszystkim chodzi, m.in. dlatego, że wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć taki sukces, krowy muszą być zadbane i zdrowe. Jest to też ogromny wysiłek dla gospodarzy, dlatego z podziwem oglądałyśmy nagrodę i zdjęcie upamiętniające ten ważny dzień 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s